niedziela, 7 października 2012

Łyżki drewnianej być może

W świecie łyżek drewnianych jest zupełnie inaczej, niż w każdym innym świecie. Wszystkie łyżki są identyczne, dlatego ich żywot przedstawia się raczej przygnębiająco. 

Mimo tego, że wszystkie są takie same, nikogo nie interesuje bogate wnętrze łyżki drewnianej, a jedynie jej wygląd zewnętrzny i zastosowanie praktyczne. Z tegoż względu mówienie o szczęściu, w owym drewnianym świecie jest absolutnym nieporozumieniem.  Każda łyżka jest tylko łyżką, niezależnie od swych starań. Choćby nie wiem jak bardzo starała się wykonywać dobrze swoją pracę, albo sprawić komuś przyjemność, cały jej wysiłek zawsze pozostanie niezauważony. A ona sama będzie uchodziła za wiecznie niezadowoloną, która tylko bez przerwy czegoś wymaga. Jedynym marzeniem łyżki drewnianej jest to, by nie być traktowaną przedmiotowo. Jednakże każda łyżka pełni funkcję czysto instrumentalną, od której nie jest w stanie się uwolnić, bowiem została ona zapisana w jej naturze. 

W tym świecie, jak w każdym innym, mogą się obudzić pewne wynaturzenia. I tak też się stało, jedna z łyżek drewnianych postanowiła uwolnić się od schematu, co miało zaowocować czymś zupełnie nowym, czego skutków nie mogła przewidzieć, ale obudziło to w niej nową ekscytację, tak odległą od planowania i oczekiwań, a skierowaną na to co być może. 

Rabarbarowy katalizator


Mózg, Żarówka i Królik spacerowali po nieznanych labiryntach czasu. Mózg powiedział, że jeśli będą tak chooooodzić i chooodzić, to wykluczą wszystkie zasadzki i znajdą wyjście. 

Żarówka szła za Móziem, bo sama była tylko symbolem, który nie miał żadnego znaczenia bez Wielkiego Interpretującego Oka.

Królikowi było wszystko jedno dokąd idzie i co się z nim dzieje, odkąd żona zdradziła go z jego siostrzeńcem, mieszkającym w norze obok. Żona, będąc kobietą rozwiązłą i niewierną, postanowiła brnąć dalej w kłamstwo i nie przyznała się nigdy do zdrady. Ale Królik wiedział, że tysiąc małych króliczków nie wzięło się znikąd. Szedł więc za Mózgiem bardziej z braku lepszych zajęć, niż ze szczerej chęci.

Szli bardzo długo, aż nastał brunatny piątek. Nagle Mózg ZROZUMIAŁ, że to wszystko, co do tej pory robili nie ma sensu i wtedy znaleźli rabarbarowy katalizator.

Przepis na ciasto

O pieczeniu ciasta ani słowa nie będzie.

sobota, 6 października 2012

Wieczorem, na kolanie, w bałaganie

Ojoooooooj i klapnął. Na klawiaturę klapnął, zrobił bęc i powiedział "nie lubię jak się rozczulasz." , chrapnął potężnie i nacisnął "ESC",  ale to nic nie dało,  bo ona napisała sms. A kiedy wyłączył telefon, wdrapała się na jego okno i weszła do środka, obudził go cmok w szyję,   a on doszedł do wniosku, że to jakieś jedno wielkie nieporozumienie, bo miała go pocałować w plecy. On chciał w plecy ! A ona się wydurnia z jakąś szyją! I wtedy powiedział jej , że śmierdzi, bo tak go nauczyli w podstawówce, a ona mu powiedziała, , że właściwie to ją wkurzył i, że ona nie ma ochoty nic mówić. A on się zirytował, bo to on chciał przyjść do niej i się zdenerwował , że ona go wyręczyła, chociaż nie był tego świadomy. Ona wkurzyła się bo była impulsywna, i bywała upierdliwa,  więc wpadła w histerię,  po czym wyskoczyła przez okno,  ale on zdążył ją złapać za sznurówkę i wciągnął ją z powrotem, następnie powiedział jej, że tylko skończony idiota wyskakuje z rozwiązaną sznurówką przez okno i, że żeby zrobić to, co chciała zrobić powinna ubrać buty na rzepy. A potem powiedział jej, że tak naprawdę to głupia jest strasznie, że w ogóle wpadła na taki pomysł, i że nawet gdyby miała buty na rzepy to by ją złapał i nie pozwoliłby żeby coś jej się stało. A ona wiedziała, że mówi prawdę i się do niego przytuliła. Obydwoje też wiedzieli, że w pewnym stopniu są popieprzeni, a te dziwne sytuacje są nieco przerysowane, ale są efektem ich złożonych osobowości, które czasami wymagały interwencji specjalisty, ale ogólnie było ... cholernie dynamicznie, bo zwykle tak jest z wariatami. Ale to tylko jedna taka przerysowana historia , którą wymyślił gumowy chrabąszcz.

środa, 3 października 2012

Rozważania przy herbacie

Koper, żmija i półcień
Ślad, aromat i trzcina
Ziemia, wiatr i samotność.

O  księżyc wsparta drabina

~~Federico Garcia Lorca

Są takie wiersze, które trafiają do człowieka od razu. Bynajmniej nie dlatego, że są tak świetnie napisane, ale dlatego, że odzwierciedlają najgłębsze i czasami najciemniejsze strony naszych dusz. Czasami na początku nie potrafimy sprecyzować dlaczego ten, a nie inny wiersz tak do nas trafia, musi dopiero minąć jakiś czas, żebyśmy zrozumieli, że wiersze to tylko zwierciadła, które ukazują to, co już jest w nas.

Wszystko w świecie jest zmienne, my również, więc i nasze zwierciadła zmieniają się z biegiem czasu. Niemożliwym jest by przez całe życie towarzyszył nam jeden wiersz, albo jedna emocja.

Czasami chcielibyśmy zamrozić siebie w jednym określonym stanie, dlatego, że zmiany nie zawsze są pozytywne. Od tych negatywnych chcielibyśmy uciec jak najdalej, a kiedy już się zdarzą nie potrafimy się pogodzić z tym, że przydarzyły się właśnie nam. Skupiając się na żalu, nie dostrzegamy tego, co jest blisko nas. Wspominając to, co nie było po naszej myśli,zatracamy się w przeszłości i nie potrafimy się już cieszyć chwilą obecną. Każdy z nas przeżywa takie chwile, czasami wydaje nam się, że jesteśmy w tym wyjątkowi, ale to nieprawda. Wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi i łączą nas podobne przeżycia, uczucia, problemy i radości. Nigdy nie jesteśmy sami, ani we łzach ani w uśmiechach.

Zamiast pogrążać się w żalu, zwracać  nieustannie ku przeszłości, warto tak zwyczajnie sobie wybaczyć, znaleźć nowy wiersz i uśmiechnąć się do kubka z herbatą, ponieważ nigdy nie będzie smakowała tak, jak dzisiaj. Codziennie smakuje trochę inaczej, właśnie dlatego żeby można było za każdym razem cieszyć się nią na nowo, tak, jakby się ją piło po raz pierwszy. Podobnie jak białość ma wiele różnych odcieni, tak na całym świecie nie ma jednego, niezmiennego smaku.

Zmienność jest naturalna. Pozytywne zmiany są zastępowane przez negatywne, a negatywne przez pozytywne. To nieustanny proces, wszystko, co można zrobić, to czerpać mądrość zarówno z pozytywnych, jak i negatywnych momentów. Ale na dłuższą metę nie ma powodu do smutku, bo chociaż  dziś są chmury, jutro z pewnością zaświeci słońce. Ale na to słońce też nie można czekać bezczynnie, trzeba pracować nad tym, co można zmienić, a najlepiej nie zaczynać od zmiany całego świata, najlepiej po prostu zacząć od siebie.

sobota, 22 września 2012

Projekt 59, część I


Kiedy przyszedł do niej po raz pierwszy wystraszyła się tak bardzo, że usiłowała go zabić. Z czasem jednak myśl o zbliżającej się wizycie wywoływała w niej nie dające się opanować poczucie ekscytacji. Przychodził codziennie od czasu gdy skończyła dwanaście lat. Od tamtej pory dźwięk otwieranego okna, zimny podmuch wiatru i szelest czarnej peleryny przyprawiał Alice o przyjemny dreszcz, w którym mimo wszystko kryło się coś niezdrowego.

Tej nocy było podobnie. Siedziała na krawędzi łóżka w za dużym szarym T-shircie, czarnych, nieco przetartych legginsach i wpatrywała się w bransoletkę niewiadomego pochodzenia, której nigdy nie zdejmowała.

Ten sam scenariusz, co zwykle. Odgłos otwieranego okna, zimny podmuch wiatru, szelest czarnej peleryny...

I już siedział naprzeciwko niej opierając się o ścianę. Tym razem nawet na niego nie spojrzała.

-O co chodzi? - zapytał przerywając milczenie.

-Powiedzieli, że jestem chora. Powiedzieli mi, że ciebie nie ma. Ludzie z laboratorium. Oni... dużo wiedzą. Powiedzieli mi, że jak przestanę cię widzieć, to mnie wypuszczą. Od ośmiu lat nie byłam na zewnątrz, od ośmiu lat nie widziałam żadnego człowieka poza tobą. Oni.. ci z laboratorium porozumiewają się ze mną przez głośnik. Powiedzieli, że jeśli będę udawała, że cię nie widzę to w końcu znikniesz. -odpowiedziała nie podnosząc wzroku znad bransoletki.

-Oni nie mówią ci prawdy.

Spojrzała na niego z wyrzutem:
-To ty mi powiedz, skoro masz czelność przychodzić tutaj co wieczór i opowiadać mi te wszystkie historie.- chwilami przez jej dziewczęcą naiwność przebijała się pewność siebie i determinacja.

-Nie możesz wyjść. Mógłbym cię stąd wynieść, mogę to zrobić za każdym razem gdy się tutaj pojawiam, ale jestem związany przysięgą. Poza tym wiem, że dopóki jesteś tutaj jesteś bezpieczna. Dopiero kiedy wyjdziesz ściągniesz na siebie niebezpieczeństwo.

-Dlaczego mam ci wierzyć?
-Bo jestem jedynym człowiekiem, który nie porozumiewa się z tobą przez głośnik. Mogłabyś chociaż spróbować docenić fakt, że przychodzę do ciebie co wieczór, że nie zostawiam cię samej, podczas gdy mógłbym się zajmować czytaniem literatury naukowej, co swoją drogą o wiele bardziej mi odpowiada niż spędzanie czasu z upartą dziewuchą, która nie potrafi uszanować tego, co dla niej robię. - wstał, odwrócił się przodem do kredensu, na którym leżał talerz z kanapkami.

-Masz na myśli to, że przychodzisz tutaj żeby się pożywić moją kolacją?

-Między innymi. Widzę, że lata w zamknięciu wyostrzyły twoje poczucie humoru, cieszę się. Ale skończ swoje fochy i opowiedz mi, co mówili ci przez głośnik dzisiaj rano? Dokładnie. - wziął jedną z kanapek i usiadł ponownie pod ścianą.

-Zaczęli od przykrej informacji, że zginął mój brat. Nie wiedziałam jak powinnam się zachować, nie pamiętam żebym miała brata, to znaczy... Nie pamiętam jak wyglądało moje życie zanim tutaj trafiłam. Czasami wydaje mi się, że oni mi coś podają. Wiesz... coś, przez co tracę pamięć. Myślę, że jeszcze na początku, w pierwszych dniach mojego pobytu tutaj, coś jeszcze pamiętałam, a teraz już nic tam nie ma, tylko ten pokój i laboratorium. Powiedzieli, że jesteś nieprawdziwy, oni wiedzą, że chcę stąd wyjść, i powiedzieli, że tak też się stanie, kiedy skończę kurację i już nie będę cię widziała. Wszystko. -westchnęła.
-Oni nie chcą twojego dobra, nie chodzi im o ciebie, tylko o projekt. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć, ale jeżeli chcesz żyć musisz mi zaufać. Wyjdziesz stąd, ale na pewno nie dzięki ludziom z laboratorium.- tym razem był zupełnie poważny.

-Ale oni obserwują mój pokój... Jeżeli ja ciebie widzę, a oni nie widzą cię na nagraniach z kamer, to znaczy, że naprawdę jestem chora. -dziewczyna szła w zaparte.

-Droga Alice, a widziałaś nagrania z kamer? Nie tobie osądzać kto kłamie...

~~*~~

Otworzyła oczy, tyle czasu minęło od felernego wybuchu, a ona wciąż słyszała krzyki, widziała przerażone twarze. Starła pot z czoła, który zawsze pojawiał się na wspomnienie tamtych wydarzeń. Jednak nawet tamte zdarzenia, nie wywołały w niej takiego szoku, jak to, co miało miejsce przed paroma dniami.

Dostała anonimowe wezwanie ze szpitala. Nie wiedząc, o co może chodzić natychmiast tam pojechała, dotarła pod odpowiednią salę. Podeszła do szpitalnego łóżka i zobaczyła siebie, z czasów gdy miała 12 lat. Na karcie pacjenta widniało imię i nazwisko:

Alice Clearwater

sobota, 8 września 2012

Bob


Tup. Tup. Tup. Cichy tupot stóp.
Puk. Puk. Puk. Przechodzą przez próg.
Pach. Pach. Pach. Ogarnął go strach.
Szybki nożem ruch.
Opuścił go duch.
Na dywan opada zimny trup.
Oni w ogrodzie już kopią mu grób.
Wrzucają trupa do dołu otchłani.
A on już stoi na Styksu przystani.
Najpierw cichy szum.
Później wielkie bum.
Na ziemi leżą kawałki domu.
Bob już o niczym nie powie nikomu.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Ludzie w pralce

Zawsze wtedy, kiedy nadmiar myśli i urojeń nie dawał jej spokoju, marzyła o wejściu do pralki. Zawsze wtedy, kiedy była bliska popadnięcia w histerię i zamknięcia się na cały świat. 

Słyszała kiedyś opowieść o ludziach mieszkających w pralce. Pomimo wirującego bębna, wiedli podobno spokojne, przesycone harmonią życie. Ona też chciała, bardzo chciała.

Miała dosyć myśli, które przecież wcale do niej nie należały, a jednak z jakichś powodów sprawiały jej ból i cierpienie. Pewnego dnia przeczytała artykuł o tym, że każdy człowiek realizuje swój skrypt, ostateczny i kompletny. Przerażała ją świadomość, że ta myśl może się okazać prawdziwa, ponieważ oznaczałoby to, że już na zawsze pozostanie niewolnicą swoich własnych urojeń.

Weszła do bębna.
Oni już tam byli.
Czekali na nią.

Ktoś z zewnątrz uruchomił pralkę. 

Powiedzieli jej, że mają pralki w sobie, że ona też ma. Że w każdej z tych pralek znajdują się kolejni ludzie, z kolejnymi pralkami w sobie i tak w nieskończoność.

A nieba nie było
chociaż księżyc świecił coraz jaśniej. 

środa, 25 lipca 2012

Irene et Pierre ; w kawiarni


Mieli taki zwyczaj, że codziennie przed południem siadali sobie przy stoliku i rozmawiali. Mówiła głównie Irene, Pierre słuchał jej albo nie, ale głównie myślał o tych wszystkich mężczyznach, którzy zazdrościli mu, że spotyka się z tak atrakcyjną kobietą. Nieważne było dla niego co mówiła, ale to, jak wyglądała. 

-Myślę, że Boga nie ma. Można w Niego wierzyć lub nie, ale myślę, że Go nie ma. Chciałabym żeby był, nawet czasami wydaje mi się, że czuję, że jest. Tyle, że nie wiem czy czuję, że On jest, czy po prostu, tak bardzo chcę żeby był, że Go sobie tworzę. Gdybym miała przez całe życie myśleć, że Go nie ma, nie wiem czy bym to zniosła. - zapaliła papierosa i spojrzała na niego znad czarnych okularów przeciwsłonecznych w stylu retro.

-Po co ci Bóg? Ja bez Niego żyję, nawet się nad tym nie zastanawiam, a co za tym idzie, Go nie potrzebuję.- odstawił filiżankę na spodek, irytowało ją to, że za każdym razem robił to tak niedelikatnie, że chwilę potem cała klientela paryskiej kawiarenki spoglądała na nich z niesmakiem.

-Myślę, że jesteś dupkiem, Pierre... - powiedziała wypuszczając demonstracyjnie dym.

-Po co poruszasz takie tematy przy kawie? Powinniśmy rozmawiać raczej o tym, co będziemy robić wieczorem.

-Codziennie wieczorem robimy to samo, nie ma o czym gadać. Właściwie, to też wpływa na moją opinię, na to, że myślę, że jesteś dupkiem...

-A jednak wciąż ze mną jesteś.- uśmiechnął się w zawadiacki sposób, wywołując u niej zgorszenie.

-Z litości Pierre, z litości. Nie poradziłbyś sobie beze mnie i wiesz o tym. Poza tym, kiedy otwierasz usta słyszę tylko Blablablablablabla, tanią gadaninę, którą możesz wciskać panienkom z ulicy, nie mnie. Nie rajcują mnie te twoje głupie teksty i żarciki z podtekstami. Lepiej wypadasz w moich oczach kiedy nie odzywasz się wcale. Chociaż nie zawsze, czasami taka z ciebie ofiara, że nie mogę się w myślach powstrzymać żeby cię nie krytykować. Nie masz nic ciekawego do powiedzenia, poza opowiadaniem mi co wczoraj jadłeś, że się napiłeś, i że dzwonił kolega i powiedział ci, że otworzono w mieście nowy klub. Nic cię nie obchodzi, Pierre, nic. Nawet sam siebie nie obchodzisz, jak tu cię szanować, nie da się. Każdemu człowiekowi należy się szacunek, każdemu. Rzecz w tym, że ty nie jesteś człowiekiem, jesteś zwierzęciem, a może nawet przedmiotem. Szczury mają ciekawsze życie od ciebie.

-Irene, co ja mogę ci powiedzieć o Bogu, zastanów się. Nic ci nie mogę powiedzieć, po co o tym rozmawiać, po co się zastanawiać. Po co zawracasz mi głowę głupotami, po co mamy się kłócić o Boga, w którego sama nie wiesz czy wierzysz? I przestań się na mnie wyżywać dlatego, że nie dostałaś pracy w gazecie, widocznie niepotrzebne im takie myślicielki jak ty. Uspokój się, wrócimy do domu i będzie jak zawsze. W ogóle to myślę, że to przez tą twoją dietę, chodzisz taka wychudzona i głodna nic dziwnego, że jesteś taka nerwowa...

-Jak ty nic nie rozumiesz. 

poniedziałek, 23 lipca 2012

Pociąg


-Jestem wkurzona.
-Dlaczego?
-Spiekłam się na twarzy. Spiekłam się na plecach. Wszystko mnie boli. Śmieciarz z wielkim cuchnącym workiem przeszedł obok mnie. Muszę po sześć razy powtarzać mojej babci, że nie chce mi się jeść, że bigosu też nie chcę, że to przecież też jedzenie. Wkurza mnie telewizja. Wkurza mnie to, że jestem wkurzona i w związku z tym mam ochotę uderzyć się w głowę czymś ciężkim, albo niby to przypadkiem wpaść pod samochód, a potem być wkurzona jeszcze bardziej na kierowcę, za to, że jest takim burakiem, który nie widzi, że idę. Wkurzają mnie producenci soczków w kartoniku, którzy wypisują na kartonach numery telefonu do sokowej infolinii, jakby rzeczywiście ktokolwiek miał tam dzwonić. Wkurza mnie to, że nie chce mi się jeść, a burczy mi w brzuchu. Wkurza mnie to, że nie wiem na czym się skupić żeby się tak nie wkurzać. Wkurzają mnie clowny, nigdy nie lubiłam clownów bo są nudni jak flaki z olejem. Nie ma nic śmiesznego w czerwonym nosie z gąbki i dużych butach. Wkurza mnie dźwięk mojego budzika. Wkurza mnie to, że mogę myć te cholerne okna w kółko, a one i tak są brudne. Wkurza mnie dźwięk dzwonka do drzwi, i to jak ktoś napieprza w ten dzwonek jak intruz. Wkurza mnie, że kiedy założę żółtą sukienkę wszystkie robale do niej lgną. Wkurza mnie kiedy ktoś mnie oszukuje i wiem, że to robi. Wkurza mnie to, że nie potrafię malować, że tego w sobie nie rozwinęłam. Wkurza mnie to, bo kiedy się wkurzam mam ochotę wyżyć się na płótnie, a nie mogę tego zrobić. Poza tym wkurza mnie to, że nawet gdybym mogła to i tak nie stać mnie na płótno. Wkurza mnie to, że tyle myślę, że sama się nakręcam, że wszystko w mojej głowie jest przemyślane po tysiąc razy, aż wychodzą z tego niestworzone rzeczy, które wkurzają mnie jeszcze bardziej. Wkurza mnie to, że nie miałam okazji obejrzeć filmu „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy”, a bardzo chcę ten film obejrzeć. Chcesz wiedzieć co mnie wkurza? Przez całe życie coś mnie bez przerwy wkurza, a ten stan wkurza mnie tak bardzo, że nie chcę mi się mówić o tym wszystkim, bo celebrowanie tego, co mnie wkurza, wkurza mnie jeszcze bardziej. Ale dobrze, wkurza mnie to, że nie mogę oglądać filmów Hitchcocka bo za każdym razem jestem w stanie przewidzieć zakończenie. Wkurza mnie to, że nie jestem chuda jak Uma Thurman. Wkurza mnie to, że jestem czasami. A jeszcze częściej wkurza mnie to, że są wszyscy inni. Wkurza mnie to, że kiedy mówię komuś, że siedzę w domu sama, zaraz słyszę komentarz „Nudzisz się pewnie”. Nie, tak się składa, że nigdy w życiu się ze sobą nie nudziłam, więc wkurzają mnie takie komentarze, wkurzają , rozumiesz? Spaliny mnie wkurzają, wkurza mnie smród. Ale wkurza mnie też to, kiedy ludzie przypinają się do drzew manifestując coś głupio, zamiast zachowywać się jak ludzie. Wkurza mnie to jak ktoś manifestuje coś po to, żeby zwrócić na siebie uwagę, a nie w jakiejś słusznej sprawie. Wkurza mnie nieuczciwość, nieważne czy dotyczy mnie, czy kogoś innego, wkurza mnie. Wkurza mnie kiedy ktoś ma nierówno rozłożony kaptur od bluzy. Wkurzają mnie nierówne frędzle od bluzy. Pijaństwo mnie wkurza. Komercja mnie wkurza. Model życia kształtowany przez media mnie wkurza. Wkurzają mnie słabości, moje własne też. Wkurza mnie bitwa na śnieżki zimą i nacieranie się wzajemnie śniegiem, który jest beznadziejny i nigdy nie wiesz, co w takiej śnieżce znajdziesz. Wkurzają mnie ludzie, którzy najpierw pożyczają od ciebie jakieś rzeczy, a potem ty musisz ich błagać żeby ci je oddali. Wkurzają mnie podwędzacze długopisów, lubię swoje długopisy i jestem zła jak ktoś mi je zabiera. Wkurza mnie pościel położona guzikami na wierzchu, tak, że kiedy zasypiasz masz je pod nosem. Wkurzają mnie toalety publiczne. Wkurza mnie jedzenie ryby, która ma ości, nie lubię bebrać się z jedzeniem, bo to nudne. Wkurza mnie to, kiedy mówisz komuś żeby się odczepił, a on nie rozumie. Wkurzają mnie ludzie, którzy nie mają szacunku do siebie i płaszczą się przed innymi tylko po to, żeby ktoś ich polubił, zamiast być sobą po prostu. Wkurzają mnie szybkie samochody i wszystko, co można przypisać krainie lansu. Wkurzają mnie zagięte rogi w książkach. Wkurzają mnie durnowate napisy na papierkach od krówek i kapslach od soków. Czasami wkurza mnie to, że muszę wstać z łóżka, a wolałabym jeszcze poleżeć i ponakrywać się poduszką, poudawać, że jeszcze jest noc. Wkurza mnie kiedy ktoś ma obok przejście dla pieszych i z niego nie korzysta. Wkurzam się jak nadepnę na ślimaka. Wkurzają mnie ślimaki bez skorupy. Wkurza mnie sok z miąższem. Wkurzają mnie ludzie, którzy przepychają się w autobusie, chociaż nawet nie widać jeszcze kolejnego przystanku. Wkurza mnie syntezator mowy w autobusach, chociaż nie zaprzeczam, to przydatny wynalazek, ale i tak mnie wkurza. Wkurzają mnie srebrne spinacze, wolę kolorowe. Wkurza mnie...
-Poczekaj, nie nadążam. Może powiesz mi następnym razem?
-Pociąg odjechał.
-Co mi chcesz przez to powiedzieć?
-Że nasz pociąg właśnie odjechał, a następny jest dopiero za pięćdziesiąt minut.
-To twoja wina.
-Twoja, bo zapytałeś. A więc kończąc, jestem wkurzona bo...  

Słów kilka o byciu wariatem

Bycie wariatem jest jak bycie dobrym iluzjonistą, jak gra w teatrze. Wszystkim wydaje się, że dobrze cię znają aż do momentu, w którym łaskawie masz ochotę im pokazać, że jest inaczej. Bycie wariatem to przechodzenie sprzecznych ze sobą stanów w tym samym czasie, gubienie się w analizie swoich własnych myśli, przy równoczesnym pożądaniu ciężkich tematów. 

Wariactwo, żeby było prawdziwe musi być wrodzone. Wariatem nie można się stać, albo się nim jest od urodzenia, albo nie jest się nim wcale. Wariactwo to nieustanne posiadanie myśli samobójczych, przy równoczesnej silnej woli życia. Można je zaakceptować albo z nim walczyć. Można tańczyć z odkurzaczem do Little Lies -Fleetwood Mac wyginając się tak idiotycznie, jak tylko się da, a chwilę potem płakać na podłodze nad bezsensem życia, kulić się jak zranione zwierzę, odczuwając przy tym niechęć do wszystkiego dookoła. 

Lepiej być szczęśliwym mądrze, niż głupio szczęśliwym. 
Lepiej być wariatem z otwartymi oczami, niż głupkiem z zamkniętymi. 
Lepiej wiedzieć jak jest naprawdę, niż słuchać kłamstw. 

piątek, 20 lipca 2012

Bez czucia


Nienawidził zapachu kropli do nosa, dźwięku zamykanych drzwi i bezmyślnego siedzenia w pustym pokoju. Gdyby chociaż mógł wyjść, ale nie, nic z tego, od nieudanej próby samobójczej znajdował się pod ścisłą kontrolą swojej psychopatycznej matki, która zamiast oddać go pod opiekę specjaliście, testowała na nim swoje urojone, psychoterapeutyczne zdolności.

Gdyby mógł spróbowałby się zabić jeszcze raz, i jeszcze, aż któregoś razu w końcu by mu się udało. Nie bał się śmierci, bo w zasadzie nic go tutaj nie trzymało. Był w stanie zrezygnować z koktajlu czekoladowego i pączków z dżemem, w końcu to przecież tylko zwykłe jedzenie.

Po przeczytaniu paru specjalistycznych książek zdiagnozował u siebie kilka zaburzeń, które nie pozwalały mu funkcjonować normalnie w społeczeństwie. Z drugiej strony było ich wciąż za mało by mógł nazywać siebie socjopatą, ale wystarczająco dużo by chcieć pożegnać się z życiem.

Wkurzał się na matkę za jej przesadną ostrożność, obkleiła gąbką nawet klamkę do drzwi od jego pokoju, tak, jakby rzeczywiście mógł sobie coś zrobić okrągłą klamką. Na kraty nie było ich stać, więc matka uwaliła klejem całe okna tak, żeby nie mogły się otwierać, skutkiem czego w pokoju roznosił się smród stęchlizny i starego jedzenia. Nie trzeba było snuć planów samobójczych, od samego zapachu można było umrzeć na miejscu.

Czasami kiedy zasypiał, zmęczony panującym wokół bajzlem, śniło mu się jak wyglądałoby jego życie gdyby był takim sobie normalnym chłopcem, który ani nie chciał się zabić, ani nie miał żadnych zaburzeń psychicznych. Po tych snach zwykle budził się przerażony i spocony. Świat zewnętrzny był przecież straszny.

Lepiej zostać tutaj, w cuchnącym stęchlizną pokoju.
Wyjście na zewnątrz mogłoby zaboleć.
A on nie chciał żeby bolało, nie chciał czuć.  

wtorek, 17 lipca 2012

Ten Prot

Ludzie mówili o Procie różne rzeczy. Najczęściej mawiali, że głupi ten Prot, tak głupi, że nie potrafi sklecić jednego zdania. Po mieście chodziły słuchy, że to psychol. Szeptano, że powinien przebywać na zamkniętym oddziale w specjalistycznym szpitalu. 

Jednak myśli Prota nie zamierały tak, jak słowa w jego ustach. Płynęły nieustannie, jedna przekształcała się w drugą, a żadna nie zatrzymywała się na dłużej. Prot nie był niemową, ale zrezygnował z mówienia uznając tę czynność za redundantną (takich to słów uwielbiał używać w myślach).  

Pewnego dnia usiadł Prot na najwyższej górze, w miejscu, którego żaden z ludzi, poza nim, nie miał prawa znać. 

Spojrzał przed siebie i zobaczył prawdę w jej najprostszym i najwłaściwszym kształcie. Było to najintensywniejsze przeżycie w jego życiu, o którym nikt nigdy nie mógł się dowiedzieć. Choć zrozumiał to, co zostało mu przekazane, nie potrafił przekazać prawdy innym, ponieważ ona przewyższała go nieskończenie. 

Taki głupi był ten Prot, mówili. 

piątek, 13 lipca 2012

Ballada o bezstresowym wychowaniu


Gdyby ktoś zapukał do drzwi naszych pradziadów i usiłowałby przekonać ich do bezstresowego wychowywania dzieci, popukaliby się w głowę i zamknęli drzwi. Dzisiaj pradziadom tym zarzucono by zaściankowość, podczas gdy kiedyś ich wieloletnie doświadczenia życiowe i ciężka praca, budziły szacunek.

Oczywiście za chwilę czytelnicy zarzucą mi, że hołduję przemocy w rodzinie i naparzaniu się nawzajem rurami od odkurzacza. Jednakże to nie ich wina, ponieważ popadanie w skrajności jest domeną naszych czasów. Ludzie przestali dostrzegać, że może istnieć coś „po środku”. Dzieje się tak, ponieważ tresuje się ich aby opowiadali się po jednej lub drugiej stronie („Jesteś z nami, lub przeciw nam” - ale zabraniamy ci myśleć samodzielnie, masz zgodzić się na to, co proponujemy, lub nie. Wybieraj.). Dzisiaj nieważne jakie wyznajesz wartości, ważne do jakiego worka zostaniesz wrzucony, możesz być uwielbiany albo znienawidzony. Czasami lepiej jest pozostać w tej drugiej grupie.

Rzecz miała być o bezstresowym wychowaniu, dlatego wróćmy do tematu. Nie zamierzam opierać się tutaj na zdaniach zaczynających się : „Amerykańscy naukowcy, odkryli, że bezstresowe wychowanie...”, a na doświadczeniu i obserwacjach. Rozmowy z różnymi ludźmi (z różnych grup społecznych) prowadzą nieraz do zaskakujących wniosków- które znowu nie byłyby czymś dziwnym, czy nowym, dla naszych pradziadów.

Bezstresowe wychowanie rozumie się często jako absolutny brak zasad i dyscypliny, chociaż przecież zdaje się, że nie taka jest jego istota. Dzieci rodziców , wyznających tą przerysowaną zasadę, często są nieszczęśliwe i zagubione w dorosłym życiu, nie wiedzą co mają ze sobą zrobić, jak powinny się zachowywać, a nawet w skrajnych przypadkach takie zwykłe czynności jak używanie sztućców sprawiają im trudność.

Do dzisiaj pamiętam rozmowy z pewną osobą, która choć przekroczyła już dawno osiemnasty rok życia, wciąż nie potrafi się przystosować do środowiska, określić swojego miejsca w świecie i tego, co chciałaby robić. Dorastała w domu pozbawionym zasad, w którym rodzice zasłaniali się hasłem „bezstresowego wychowania”. Kiedyś gdy rozmawiałyśmy na ten temat, w pewnym momencie rozpłakała się i powiedziała, że nie czuje się nikomu potrzebna, nie czuje się w żaden sposób użyteczna. Uważam, że stało się tak przez brak zasad, a co za tym idzie zainteresowania ze strony rodziców. Rodzice, którzy nie wytyczają żadnych zasad swoim dzieciom, zwyczajnie się tymi dziećmi nie interesują i powiedzmy to sobie wprost.

Drugi przypadek, o którym wiem jest jeszcze bardziej przerażający. Tutaj rodzice również zasłaniali się bezstresowym wychowaniem, które rozumieli w ten sposób, że to, co dziecko chciało, to dziecko miało. Kupowali małemu chłopcu gry komputerowe przeznaczone dla osób powyżej 18-stego roku życia, oczywiście nie muszę mówić, że wychowali w ten sposób małego brutala. Chłopiec rósł i zwiększały się jego potrzeby, więc rodzice wychowując go zupełnie bezstresowo, na dziesiąte urodziny kupili mu bardzo drogi prototyp broni, taką wesołą zabawkę, do której można było ładować metalowe kulki. Chłopiec dostawał coraz więcej i więcej prototypów. Oczywiście nikt chłopca nie nauczył ciężkiej pracy, ani nie wpoił podstawowych obowiązków. Skoro nie mógł dostać tego, co chciał, to zaczął okradać nawet swoją własną rodzinę, nie był taki sprytny jak mu się wydawało więc wylądował przed sądem. A rodzice tego chłopca usiedli sobie w fotelu, zadając sobie pytanie „dlaczego, no przecież wychowaliśmy go bezstresowo?”. Oczywiście chłopiec nie został w żaden sposób wychowany, ponieważ gdziekolwiek by się nie znalazł zachowywał się jak człowiek zupełnie dziki, pozbawiony hamulców moralnych.

To przerażające jak wiele złego można wyrządzić swoim dzieciom zasłaniając się pięknymi hasłami bezstresowego wychowania. W każdym działaniu potrzebny jest rozum, a w wychowywaniu dzieci przede wszystkim. 

wtorek, 3 lipca 2012

Zupełnie nie jak pisarz


Przechadzałem się po pokoju, to w jedną, to w drugą stronę, czując zbliżający się pomysł na opowiadanie, a może nawet coś większego. Czułem rosnące podekscytowanie, a równocześnie frustrację. Wiedziałem, że mam pomysł, że może mi się zaraz objawić, ale nie musi. To moment, w którym nic nie zależy ode mnie, chociaż bardzo bym chciał żeby zależało.

Pisarze to przypadek beznadziejny, albo się ich uwielbia, albo nienawidzi. Zresztą oni sami albo mają bałwochwalczą obsesję na swoim punkcie, albo robią z siebie męczenników. W jednej chwili potrafią cieszyć się z czegoś jak dzieci, w drugiej trzeba ich powstrzymywać od wyskoczenia z okna. W jednym momencie odczuwają przypływ natchnienia, w drugim odczuwają paranoiczny lęk przed wypaleniem. Tygodniami leżą w łóżku i powtarzają „skończyło się, nigdy już nic nie napiszę”, tak, jakby rzeczywiście miało to jakiekolwiek znaczenie dla kogoś innego, poza nimi samymi. Potrafią godzinami siedzieć i użalać się nad sobą, wczuwając się w rolę postaci z dramatu, jaką sami dla siebie napisali. Odgrywają swój prywatny teatrzyk, a robią to właściwie nie wiadomo dla kogo. Są dziwakami.

Ale czy ja jestem pisarzem? Nie, ja tylko chodzę po pokoju, w oczekiwaniu na pomysł. Nie tworzę sam, tylko przekazuję to, co przyjdzie mi do głowy. Żaden ze mnie twórca. A już na pewno żaden ze mnie pisarz, przecież jestem zrównoważony jak mało kto. 

-Wołam cię na obiad już trzeci raz. Wystygnie ci. - lepiej nie zadzierać z moją żoną, która nagle stanęła w drzwiach i obdarzyła mnie zniecierpliwionym spojrzeniem.

-Lubię jeść zimne. Dobrze wiesz, że mam fagofobię ograniczoną do gorących posiłków. 

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Bez twarzy


Kazali mi robić różne dziwne rzeczy. Kazali mi. Chciałem się im oprzeć, tak po ludzku. Powiedzieć NIE i odejść w swoją stronę, w tą najbardziej swoją. Podejmować decyzje samodzielnie, wyjść spod bezlitosnych rozkazów. Raz w życiu zrobić coś po swojemu i już robić tak do końca. Nie potrafiłem zaprotestować, mimo wyrzutów powodowanych przez resztki mojego sumienia, które nie pozwalały mi zapomnieć o tym, co robiłem. 

Widziałem ich twarze, ich błagalne spojrzenia, czułem ich naiwną nadzieję na to, że wreszcie wrócą do swoich domów. Tymczasem to, co na nich czekało, na pewno nie było domem. Prowadziłem ich, a przecież mogłem w każdej chwili zmienić zdanie, mogłem powiedzieć im, co naprawdę się z nimi stanie, że lada chwila zostaną po nich tylko pozbawione życia kukły. 

A teraz jestem tutaj, razem z innymi. Nie tam, nie gdzie indziej, ale tutaj, w prawdziwym nie wiadomo gdzie. 

Odebrano nam twarze, wydawałoby się, że to niewielka cena, za wszystko, co zrobiliśmy do tej pory. Przez to jednak staliśmy się przerażająco tacy sami, tak samo puści, tak samo winni. I będziemy tutaj trwać, w tym wiecznym teraz. Jestem nim, nią, on jest mną, ona jest mną, oni wszyscy razem są mną ale żadne nie jest swoim własnym ja.

I tak jest. 
W bezlitosnym teraz. 


piątek, 8 czerwca 2012

Biuro Rzeczy Znalezionych


Całe życie spędziłem na zastanawianiu się kim powinienem być i jaki powinienem być. Oczywiście pewnie nie muszę mówić, że była to absolutna strata czasu, która zaowocowała zgubieniem własnego ja. Mówią, że we wszystkim można przesadzić, mają rację. Jestem tego najlepszym przykładem. Kiedy bardzo chcesz być "jakimś", któregoś dnia łapiesz się na tym, że właściwie jesteś nikim, bezkształtną masą, która pozbawiła samą siebie indywidualności na rzecz przerysowanych ideałów. Nie masz nawet siły załamać się i zapłakać, zastanawiasz się tylko, co byś zrobił na swoim miejscu gdybyś był sobą. 

Któregoś razu, gdy wysiadłem z metra, ujrzałem przed sobą ogromny billboard: Biuro Rzeczy Znalezionych, u nas nic nie ginie.  Jako typowy prymityw wychowany przez telewizyjno-radiową aparaturę konsumpcyjną, zaufałem billboardowi i nie zastanawiając się nad niczym poszedłem do Biura Rzeczy Znalezionych.

W progu powitała mnie uśmiechnięta, długonoga kobieta o figurze modelki, prosto z reklam bielizny Victoria's Secret. Muszę przyznać, że byłem bardzo zaskoczony, w  takim miejscu spodziewałbym się raczej staruszka z drewnianą nogą i szklanym okiem.

-Czym mogę służyć?- zapytała kobieta. Powstrzymując się od tego, co naprawdę chciałbym powiedzieć, wybąkałem tylko, że zgubiłem w metrze mój ulubiony parasol. Była to jedyna rzecz, która przyszła mi do głowy tak na poczekaniu. Oczywiście nie przyszedłem po to, żeby odnaleźć parasol, ale żeby odnaleźć samego siebie. 

-Przykro mi, niestety nie mamy tutaj takich rzeczy.- odpowiedziała modelka przybierając nadąsany wyraz twarzy.

-Podobno to Biuro Rzeczy Znalezionych, ludzie codziennie gubią parasole w metrze, jak to możliwe, że nie macie tutaj żadnego. Podobno nic tutaj nie ginie.- powiedziałem. 

-Nic nie ginie to prawda.- uśmiechnęła się modelka, a ja powoli zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie robi ze mnie idioty. 

-Proszę wybaczyć, nie rozumiem.- odparłem urażony.
-Nic nie ginie. Gdyby tutaj coś było, mogłoby zginąć. Ale skoro nie ma tutaj nic, to nic nie może zginąć. Żeby coś mogło zginąć, musiałoby być. 
-Przepraszam, ale czy uczą was takich tekstów na sesjach Victoria's Secret? Przyznam, że to lepsze niż puste frazesy o pokoju na świecie, wypowiadane przez laureatki nagrody Miss Kalarepy. - powinienem był powstrzymać te słowa zanim wyszły z moich ust. Później... było już tylko gorzej.

Kichnąłem, a kiedy otworzyłem oczy, nie stała przede mną modelka, a starzec odziany w łachmany i poniszczone sandały.

-To jakiś fotomontaż 3d, czy inna sztuczka?
-To jest rzeczywistość. - odpowiedział starzec. 
Wezbrała we mnie ochota aby go uderzyć, nie lubię jak ktoś usiłuje grać ze mną w kalambury. 
-A... gdzie jest ta modelka? -zapytałem.
-Żadnej modelki nie było. 
-Mógłbyś udzielać bardziej szczegółowych odpowiedzi na moje pytania. 
-Nie widzę takiej potrzeby.- powiedział starzec.
-Co to jest za miejsce?! - zapytałem nie kryjąc poirytowania. 
-A jakie miejsce lubisz?
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
-A ty nie odpowiedziałeś na moje.- odrzekł starzec niewzruszony moim napadem wściekłości. 
-Nie mam pojęcia jakie jest moje ulubione miejsce. Nie mam swojego ulubionego miejsca!- krzyczałem.
-Przyszedłeś tutaj by odnaleźć siebie, a w ogóle nie chcesz współpracować.
-Nie wiem co lubię, jasne?! Nie wiem! Gdybym wiedział, to bym tutaj nie przychodził.
- Zatem nie mam ci nic do powiedzenia. Są takie rzeczy, których nikt nie zrobi za ciebie, które musisz zrobić sam, ale skoro nawet tego nie chcesz, to nie ma sensu. Nie warto. Nikt ci nie pomoże, jeśli nie spróbujesz pomóc sam sobie.

Potem nie było już starca, nie było Biura Rzeczy Znalezionych, nic nie było. Mnie też już nie było, nie było mnie jeszcze bardziej, niż wtedy, gdy wyszedłem z metra.

sobota, 2 czerwca 2012

To minie


Dla (...)  

Myślałaś, że tym razem. Że to już, że wszystko jasne. I znowu ta sama historia, która żłobi kolejne korytarze w Twoim poranionym sercu. Pytasz mnie, dlaczego znowu musisz płakać? Dlaczego znowu jesteś zła i dlaczego znowu masz ochotę roznieść na strzępy cały świat włączając w to samą siebie? A ja nie wiem, chociaż wiem może trochę… Wiem, jak to jest, kiedy ból wewnętrzny zaczyna się ufizyczniać, kiedy całym ciałem krzyczysz, chociaż jedyne na co masz siłę to milczenie… Mogę Ci powiedzieć, że to kiedyś minie. Chociażbym chciała, to nie stać mnie na nic mądrego, nic, co pozwoliłoby Ci w minutę zapomnieć o tym, co się stało. Nic, co zminimalizowałoby Twój ból. Nie cofnę czasu, nie sprawię, że on wróci, a wraz z nim cała Twoja wiara w świat. Odszedł, ale nie zabrał ze sobą Ciebie, chociaż teraz prawdopodobnie myślisz, że jest inaczej. Pomyśl o tym, że zmieniłaś jego życie, dałaś mu co najlepsze, wszystko, co byłaś w stanie. Nie docenił tego teraz, ale być może w pewnym momencie swojego życia zwróci się w stronę wspomnienia o waszych wspólnych czasach, śmiechach, nerwach, smutkach i podziękuje, za to, że byłaś. Może kiedyś spotkasz go przypadkiem na ulicy i uśmiechniecie się do siebie jak dwoje starych, dobrych znajomych, a potem miniecie się bez słowa, nie wiedząc jak zacząć rozmowę i czy warto. Ale wtedy nie będzie już krzyków, wyrzutów i łez. To będzie jak zapomniany zapach z dzieciństwa, który nagle, po latach ponownie się pojawia. Ty już nigdy na powrót nie staniesz się małą dziewczynką, a ciastka już nigdy nie będą smakowały tak samo, jak w tamtym momencie, gdy wydawało Ci się, że to najlepsza rzecz na świecie. Dlatego pójdziesz dalej, silniejsza o te wszystkie łzy, które wypłakałaś. Będziesz szła przez ulicę z uśmiechem, stwierdzisz, że ten płacz, tak szczery, tak przepełniony smutkiem, doprowadził jednak do czegoś wartościowego. Coś w Twoim życiu musiało się skończyć, żeby mogło się zdarzyć coś nowego, żebyś mogła dać siebie człowiekowi, który będzie w stanie to docenić, dla którego będziesz najcenniejszą istotą na Ziemi, którą będzie chronił, przed wszystkimi i przed nią samą. Nie wierzysz, ale ja wierzę i mówię Ci o tym, bo taka jest rola przyjaciół, bo chcę Ci o tym mówić.

Nie zrobię nic żebyś poczuła się teraz lepiej, bo nie mam takiej mocy. Chciałabym ją mieć, ale nie mam. Ale jestem, i będę, żeby za każdym razem, kiedy znów będziesz płakać móc powiedzieć Ci, że to minie. Płacz na zimnej podłodze w łazience i pozwól sobie czuć ten cały ból, dopiero kiedy się z nim pogodzisz, zniknie. Nie chowaj go, i nie udawaj, że jest dobrze. Nie jesteś słaba dlatego, że płaczesz, pozwól sobie na to. Masz prawo czuć ból, masz prawo płakać, masz prawo tęsknić, masz prawo być zła, masz prawo nie spać i rozmyślać o tym, co było i co mogło być, ale to minie. Pewnego dnia, nawet nie zauważysz kiedy, zaśniesz, a kiedy obudzisz się wszystko będzie inne, znacznie lepsze niż mogłaś to sobie wyobrazić.

A ja będę
i dalej będziemy rozmawiały o wszystkim i o niczym,
i znowu rozbolą nas brzuchy ze śmiechu, 
jak wtedy, gdy parę lat temu 
tarzałyśmy się po podłodze 
śmiejąc się z naszych dziwacznych wyobrażeń. 


Chciałabym być teraz z Tobą i pomóc Ci na tyle, na ile bym mogła. Choćby miało się to sprowadzić tylko do przykrycia Cię kocem i podania kilku chusteczek. Do wspólnego milczenia. 

sobota, 5 maja 2012

Na jawie


Siedziała na plaży przesypując w rękach ziarenka ciepłego piasku. Nie tak dawne czasy, w których to czuła się zagubiona i samotna, odpłynęły gdzieś, w daleką niepamięć. Nie potrafiła przypomnieć sobie odczuć, które dominowały w niej podczas bezsennych, pełnych bólu nocy, mieszających się z niemym krzykiem i łzami samotności. Ból, który niegdyś rozwrywał ją od środka, zniknął, niemalże tak gwałtownie, jak się pojawił. Nie pamiętała już dlaczego wtedy czuła się tak źle, wszystkie negatywne odczucia zostały zastąpione przez te dobre. 

Teraz siedziała tutaj, z wiarą, nowymi nadziejami i uśmiechem. Z tym wspaniałamym uczuciem, że po raz pierwszy od dawna może być naprawdę sobą,  tą, o którą przez lata walczyła, której starała się nie zatracić w niewiele wartych bogactwach tego świata. Przez ten długi czas tęskniła za sobą samą, czekając aż ktoś ją obudzi.
I stało się. Wreszcie ktoś odkrył ją taką prawdziwą, taką jaką jest. 

Wystawiła buzię do słońca, nie czując już potrzeby chowania się przed nim. Pozwoliła żeby wiatr rozwiał jej włosy i siedziała tak jeszcze kilka godzin. Delektując się tym uczuciem, które sprawiało, że czuła się kompletna, niepozbawiona żadnego elementu. 

Po raz pierwszy w życiu, jej spojrzenie na świat było tak wyraźne. Dostrzegła wokół siebie wszechobecną dobroć, w którą zawsze wierzyła, a która teraz zdawała się urzeczywistniać.

Zasnęła, ale tym razem po to, by obudzić się uśmiechnięta. 

piątek, 4 maja 2012

Otulona.


Zawsze lubiłam dostrzegać różnice, obserwować mimikę i promienie światła padające na twarze, najbliższych mi osób, tych, których doprowadziłam do siebie na tyle blisko, by mogły powiedzieć, że mnie znają. Lubię zapamiętywać ich uśmiechy, spojrzenia, dźwięk głosu, śmiechu.  Jest tych osób bardzo mało i może właśnie dlatego są tak bardzo ważne, dlatego chcę je zapisać w środku siebie, tak wyraźnie, jak to tylko jest możliwe.

Czy się boję? Każdy się czegoś boi, ja też. A wtedy, kiedy pokazuję komuś swój świat, pozwalam mu patrzeć moimi oczami, jestem zupełnie bezbronna i wiem o tym, ale ufam, a kiedy już zaufam to na poważnie.

Ciekawe, ale o tych najprostszych, najbardziej oczywistych rzeczach, relacjach, ciężko jest cokolwiek powiedzieć, czy napisać, bo niezależnie od tego, co by się napisało, co by się powiedziało, to wydaje się być wciąż za mało. A jednak, pomimo tej świadomości, a może właśnie ze względu na nią, czuje się silną potrzebę pokazania tej wyjątkowej osobie, jak bardzo jest dla nas ważna, jak wiele znaczy dla nas to, że możemy pokazać jej prawdziwych siebie, a nie tę maskę przywdziewaną na co dzień . I chcemy rejestrować… Ja chcę rejestrować, każdy drobny szczegół i cieszyć się, że jest tak właśnie. Tak dobrze, tak… jak w domu

środa, 2 maja 2012

Chwile


Lubiła czasami przesiadywać na strychu i zapisywać mniej lub bardziej banalne myśli, w dużym zeszycie w kratkę, z pożółkłymi kartkami. Zaszywanie się akurat tutaj sprawiało jej przyjemność, ponieważ było to najspokojniejsze miejsce w całym domu. Raczej nie była typem samotnika, ale bardzo ceniła sobie święty spokój i niewinną kontemplację. 

Na środku poddasza, pod szarym od kurzu prześcieradłem, stał stary gramofon, który odkryła pewnej zimy, kiedy przyszła tutaj jak zwykle bez żadnego konkretnego celu. Gdy okazało się, że gramofon jest w pełni funkcjonalny, zaczęła tu przychodzić jeszcze częściej, choć zwykle spędzała tutaj tylko chwilę. 

Kiedy słuchała płyt trzymając kubek sparzonej, dopiero co zerwanej z ogrodu, mięty, czuła się szczęśliwa i zharmonizowana z samą sobą. Czas zdawał się nie płynąć, a przestrzeń również stawała się jakby mniej ważna, mniej zajmująca niż zwykle. Uwielbiała całą sobą odczuwać muzykę wydobywającą się ze starego gramofonu i aromat świeżej mięty unoszący się po całym poddaszu. Lubiła ten swój świat wewnętrznych przeżyć. Dopuszczała do niego najbliższe sobie osoby, mając przy tym świadomość, że nie zawsze muszą one mieć ochotę na to, by dzielić z nią te, tak całkiem zwyczajne chwile. Czasem mąż przychodził na górę, opatulał ją kocem i siedzieli sobie razem w ciszy, kontemplując niepłynący czas i słuchając muzyki, chłonąc chwilę bez potrzeby kreowania sztucznych sytuacji. 

Moment schodzenia po schodach był dla niej równie ważny, co chwile spędzane na strychu, wtedy to opuszczała swoje zaczarowane miejsce i dalej mogła być żoną, matką, kobietą...Taką, jaką najbliżsi chcieliby ją widzieć, uśmiechniętą, spokojną, szczęśliwą, zainspirowaną otaczającym ją światem i taką , jaką ona sama zawsze chciała się stać. Dzięki temu, mogła im dawać to, co najlepsze i była zdecydowana robić to, choćby i do końca świata. 

wtorek, 1 maja 2012

Summertime

Summertime… 

Pierwsze intensywne promienie słońca w tym roku, niby nieróżniące się niczym od tych zeszłorocznych, a jednak.
Jest inaczej, a słowa których kiedyś było za dużo, ulatują same, być może wcale nie są aż tak potrzebne, jakby mogło się wydawać. Być może da się złożyć zdanie z „po prostu” i „w sumie”. 
Po raz pierwszy, odkąd nauczyłam się mówić, nie odczuwam potrzeby robienia tego nieustannie i chyba tego nie spodziewał się nikt, łącznie ze mną. 

…One of these mornings 
You’re goin’ to rise up singing 

A teraz chcę słuchać i chłonąć to wszystko. 
Słuchać i być bardziej niż dotychczas. 
Słuchać i się uśmiechać. 
Zainspirowana i zagubiona w swoich własnych słowach. 

Then you’ll spread your wings 
And you’ll take the sky. 

W sumie… Ja po prostu…

niedziela, 29 kwietnia 2012

A może by tak podziękować, po prostu.

Od jakiegoś czasu czuję powinność napisania tego tekstu. Początkowo miał on być w formie opowiadania, ale to, co chciałabym powiedzieć ,chyba powinno zostać powiedziane tak po prostu, bez snucia tajemniczych opowieści. 



Skłonność do nieustannych zastanowień może doprowadzić człowieka w różne miejsca, czasami może zabrnąć do takich, do których on sam nie spodziewałby się dojść. 

„Za dużo myślimy, Paula, za dużo. To wszystko jest na pewno prostsze, tylko nam się wydaje, że nie jest.” 

I tak rozmawiałyśmy w wakacje, kiedy jeszcze mieszkałyśmy nie tak całkiem daleko od siebie. Wydawało nam się, że coś jest nie w porządku, skoro większość naszych rówieśników żyła w sposób bezmyślny, a my trzymałyśmy się z boku analizując wszystko z każdej możliwej strony. Czasami już brakowało sił na te wszystkie natrętne myśli, które jakoś nie pozwalały nam przyzwyczaić się do otaczającego nas świata, być może wszystko to było po to, żeby uświadomić sobie parę lat później, że nie musimy się przyzwyczajać do tego, co nam się nie podoba. I choć zawsze ktoś będzie temu przeciwny, lepiej iść swoją drogą, choćby nie wiem jak dziwna wydawała się ona innym. 

Myślę, że mam szczęście, bo oprócz tego, że mam mądrych rodziców, mam również mądrą przyjaciółkę. A mieć dobrego przyjaciela, w tych czasach, to chyba nie jest proste i nie przytrafia się każdemu. 

„Monika, nie wiem czy Bóg istnieje, myślę, że nie wierzę w Niego. Nie wiem dlaczego bym miała… Myślę, że On nie istnieje” 

A wszystko po to, żeby sytuacja mogła się odwrócić któregoś dnia: 

„Paula… Ostatnio mam wątpliwości, jakoś jest mi ciężko. Coś jest nie w porządku, na wszystko poszukuję jakiegoś systemu rozumowania. Wydaje mi się, że wszystko się łączy w jakąś całość, bez niczego więcej w środku, wydaje mi się to wszystko tak bardzo rzeczywiste, że boję się, że w końcu dojdę do jakiegoś emocjonalnego nihilizmu. A tego nie zniosę, na pewno. Zrobiło się tak przyziemnie. Jest mi trudno. Nie wiem czy w coś jeszcze wierzę, w cokolwiek, jedno wydaje się być tak koszmarnie uwarunkowane przez drugie. Powinno mi to wystarczyć, ale coś w tym wszystkim nie pasuje, chociaż wydawałoby się, że powinno, że wszystko jest uporządkowane. Tłukę się z myślami, i co… nic z tego nie wynika.” 

„Monika... mi też przecież kiedyś się tak wydawało, że jestem sama z tymi wszystkimi myślami ale tak nie jest i Ty wiesz o tym, dlatego coś Ci w tym doszukiwaniu się wszędzie systemów, nie pasuje, każdy czasem wątpi, w różne zwyczajne rzeczy również, nie tylko w te wielkie. W końcu Ci się wszystko ułoży w tej poczochranej głowie, potworku.” 

I sytuacja zmieniła się znowu. 

„Paula, ja nie wiem czy Bóg istnieje, ale myślę, że ta wiedza nie jest mi wcale potrzebna do tego, żeby w Niego wierzyć. To dziwne, ale tak jest i pewnie sama tego nie rozumiem. Ale chyba nie muszę, bo przecież są takie rzeczy na świecie, czy relacje, których nie trzeba uzasadniać, a jednak są. I wiesz… jest dobrze.” 

I wciąż jest dobrze, chociaż czasami wydawało mi się, że nigdy nie będzie, że nieustannie będę wojować z samą sobą w swojej głowie. 

Warto raz na jakiś czas otworzyć oczy, zobaczyć tych wszystkich ludzi dookoła, którzy w jakiś sposób nam pomagają robiąc różne rzeczy zupełnie bezinteresownie, nie chodzi o jakieś wielkie przysługi, ale właśnie o drobnostki, których nie powinno się pomijać, bo to one mają największą wartość, i dobrze jest po prostu podziękować, nawet w tych najprostszych słowach. 

A wtedy można już spać spokojnie przy Nature Boy w wykonaniu Miles’a Davisa i się uśmiechać tak po prostu, zwyczajnie :) 

sobota, 28 kwietnia 2012

Wózek Magdaleny

Magdalena godzinami przesiadywała na werandzie, wspominając życie sprzed wypadku, kiedy ganiała za swoimi dziećmi po podwórku, łapała je i przytulała tak, jak tylko mama potrafi. Nigdy nie był to dla niej rodzicielski obowiązek, a coś niesamowicie wartościowego, czego tak naprawdę nie da się określić w słowach. Było to coś, co motywowało ją do wczesnego wstawania i przygotowywania śniadania dla wszystkich domowników. Czasami marudziła, ale przecież nie dlatego, że było jej źle, po prostu chciała żeby zauważyli jak wiele dla nich robi. Ale oni widzieli, zawsze widzieli. Przytulali ją, uśmiechali się, ufali jej, czuli, że była dla nich.

Teraz wszystko się zmieniło, wiedziała, że już nigdy nie pobiegnie. Nagle przestała się nadawać (a przynajmniej tak myślała) do czynności, które wykonywała niegdyś codziennie, które niegdyś nie sprawiały jej żadnego problemu. Życie stało się inne, nawet wstawanie z łóżka przestało ją cieszyć. Oczywiście, jeżeli wstawaniem można nazwać codzienny trud polegający na zsuwaniu się z łóżka na wózek inwalidzki. Byłoby jej prościej gdyby urodziła się taka, ale ciągle pamiętała jak to jest, kiedy się biega, chodzi. Te wszystkie myśli nie pozwalały jej przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Nie potrafiła wytłumaczyć córkom, dlaczego mama od jakiegoś czasu nie wstaje, dlaczego nie ma w niej tyle entuzjazmu, i dlaczego jest inna niż wcześniej. 

Mąż mówił jej, że nic się nie zmieniło, że przecież cały czas jest tą samą Magdaleną, że nie potrzebuje jej biegania za dziećmi, wczesnego wstawania,  że nie musi słyszeć jej kroków, żeby wiedzieć, że jest blisko niego. W chwilach bezsilności krzyczał na nią, że jej potrzebuje, że nieważne jak bardzo ona się zamknie na niego i na dzieci, on będzie, bo on wierzy, a jeśli ona nie wierzy, to będzie wierzył za nią, tak długo, jak długo będzie trzeba. A wtedy ona płakała, bo wiedziała, że swoim zachowaniem rani tych, których kocha najbardziej. Sama myśl, że mogłaby zranić męża i dzieci, napawała ją smutkiem i wstrętem do samej siebie,a przecież robiła to nieustannie od jakiegoś czasu. Jednakże, są takie sytuacje, w których człowiek nie potrafi zachowywać się tak, jakby tego chciał, kiedy nie wierzy w swoją wartość, nie potrafi nic z siebie dać, braknie mu do tego sił.

Magdalena wiedziała, że nie chodzi o jej nogi, nie chodzi o wypadek, nie chodzi o to, że przez resztę życia będzie przykuta do wózka. Chodzi o nią, o to coś, co w środku pękło. Coś, co sprawiało, że czuła się samotna, chociaż wokół niej wciąż byli najbliżsi, którzy wspierali ją z całych sił. Jej mąż wierzył, wierzył tak, jak obiecał. Wierzył za dwoje. Bo kiedy jedno nie może, drugie jeśli kocha, daje z siebie dwa razy więcej, nie dlatego, że musi, nie z obowiązku, ale z miłości po prostu. To są te sprawy tak proste, a równocześnie tak potężne, że nie da się ich ani wyjaśnić, ani racjonalnie uzasadnić. To właśnie one spędzają sen z oczu naukowcom, nie dlatego, że są złożone, ale właśnie dlatego, że są tak zwyczajne, proste, a przy tym doskonałe. I nie potrzeba żadnych zaświatów do wyjaśniania takich spraw, bo one dzieją się tu, między ludźmi, są w Tobie, a nie gdzieś tam w nieskończonym kosmosie. 

Magdalena wiedziała o tym wszystkim, ale sama wiedza też nie wystarczy. Czasami trzeba poczekać, na coś tak banalnego jak wiosenny deszcz, jak cisza po burzy.

Aż pewnego dnia nadszedł ten poranek, kiedy promienie wschodzącego słońca, przedarły się przez lekko odchyloną zasłonę i spłynęły prosto na twarz Magdaleny. I tak naprawdę nie stało się nic, a może właśnie stało się coś, bo po raz pierwszy od dwóch lat, przytuliła się do śpiącego jeszcze męża i wyszeptała krótkie: 
Przepraszam.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Syzyfowa Drabina

Cały czas wchodzę po drabinie. Z uporem maniaka. Wchodzę. Z nadzieją, że kiedyś w końcu dojdę i zobaczę, co jest na jej drugim końcu, który wydaje się być arkadią w świetle wcześniejszych doświadczeń. Kiedy już jestem w połowie, natrafiam na spróchniały szczebelek i upadam na sam dół. Zaczynam wspinaczkę od nowa, przecież tak bardzo chcę, tak bardzo marzę. 

Tak bardzo wierzę. 
I będę wierzyć, nawet jeżeli do końca życia przyjdzie mi spadać na sam dół i wspinać się od nowa.

sobota, 14 kwietnia 2012

Na granicy

Siedzę na biurku i wyobrażam sobie, że siedzę na dachu wieżowca, że macham swobodnie nogami zupełnie tak, jakbym była nieśmiertelna. Czuję na twarzy chłodny powiew wiatru. Wysyłam myśli w przestrzeń. Czuję wolność, a do oczu napływają mi łzy wzruszenia. Słyszę ciszę i szepczący wiatr, czy może być coś piękniejszego? Jestem na granicy życia i nieżycia. Jeden drobny ruch i to wszystko może się skończyć. Jak ciekawie jest czuć pełnię człowieczeństwa, ulotność życia. Jak miło byłoby kiedyś zjeść śniadanie na dachu, w towarzystwie dobrego rozmówcy. 

Z marzeń zbudził mnie dźwięk dochodzący z kuchni, gwiżdżący czajnik. 

To przecież tylko biurko.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Opowieść o naiwnym królu i lubieżnej królowej

Każdej nocy królowa wymykała się ze swoich komnat, by zaczerpnąć kąpieli w dworskiej fontannie, oświetlonej blaskiem bezlitosnego księżyca. Małżonek jej, nawet nie drgnął gdy wymykała się z królewskiego łoża. Co wieczór poiła go magiczną miksturą otrzymaną od okolicznej wieszczki, w podzięce za darowanie życia. 

Królowa, choć niewątpliwie była kobietą urodziwą, nie miała w sobie dziewczęcego wdzięku. Otaczająca ją aura niewypowiedzianej stanowczości budziła pożądanie pośród wielu mężczyzn, jednak w żadnym z nich nie budziła uczuć wyższych, tych, o których od wieków piszą poeci. 

Noc, choć piękna, bywa zdradliwa, skrywa tajemnice, które nigdy nie powinny ujrzeć dziennego światła. Królowa, zahipnotyzowana swym rytuałem, zdjęła nocne szaty i weszła do fontanny. Będąc kobietą rozwiązłą nie obawiała się, że zostanie zauważona przez kogoś z dworu. W mrokach swego serca, miała nadzieję przyciągnąć spojrzenie Christiana, poety dworskiego. Jednakże młodzieniec ten, zakochany w skromnej kuchareczce Marie, pozostawał niewzruszony urokami lubieżnej królowej. 

Doradca królewski, nękany sprawami dyplomacji, nie mógł zmrużyć oka, więc wybrał się na spacer po dziedzińcu, gdzie księżycowe światło oplotło nagie ciało zuchwałej królowej. Doradca, który publicznie uchodził za człowieka powściągliwego, prywatnie słynął z grubiaństwa i nachalności. 

Królowa, spostrzegłszy swojego obserwatora wyszła z fontanny, kierowana długo tłumionym pożądaniem. Tej nocy nie wróciła już do królewskich komnat, oddając się czynnościom, które do resztek zbrukały jej dawno utraconą godność. 

Noc jednak nie trwa wiecznie, a i słońce kiedyś wzejść musi. 
Gdy tylko król otworzył oczy zauważył brak małżonki i poprzysiągł zemstę na tym, który uwiódł królową. Naiwny był to bowiem król, który ufał swej niewiernej małżonce więcej niż trzeba. 

Gdy królowa przekroczyła wreszcie próg jednej z królewskich komnat, zrazu zaniosła się szlochem i wyznała mężowi, że dworski poeta Christian, uwiódł ją i wykorzystał, hańbiąc zarówno imię jej, jak i imię króla. Łatwowierny król nakazał ściąć głowę dworskiemu poecie i obiecał dać wszystko, czego zapragnie, temu, który zetnie głowę zdrajcy. Królewski doradca usłyszawszy to rozporządzenie natychmiast udał się do niczego niespodziewającego się poety i skrócił go o głowę. Następnie zaniósł ją do króla na złotej tacy. Uradowany władca nakazał powiesić głowę zdrajcy nad główną bramą, by zawiadomić w ten sposób lud, że żaden niegodziwiec nie ukryje się przed królewskim mieczem. Zniecierpliwiony doradca upomniał się o nagrodę, życząc sobie prawa do łoża królowej i połowy królestwa. Potrójnie zhańbiony król zrazu zrozumiał, że człowiek, którego bezmyślnie skazał na śmierć, był niewinny. W duchu przeklął siebie, swoją małżonkę i całe królestwo. 

Od tamtej pory na zamku zapanował wieczny mrok. 
Pozostała w nim tylko jedna dobra iskierka, za sprawą skromnej kuchareczki, której smutne pieśni rozbrzmiewały w zamkowych murach. 

Pieśni tęsknoty za utraconą miłością.

czwartek, 8 marca 2012

Serce Świata

-Gdzie jesteśmy?- zapytałam staruszka, który spacerował spokojnie po lśniącej czystością, miodowej posadzce. Nie widziałam tego miejsca nigdy wcześniej, ani nigdy później, nawet nie byłam do końca pewna, czy widzę je teraz. Najbardziej wyraźnie zapamiętałam ten miodowy kolor, który zdawał się emanować zewsząd.

Staruszek uśmiechnął się , gestem ręki kazał mi iść za sobą. Poszłam więc, stanął przy ciemnej barierce, stanęłam obok niego i po raz pierwszy spojrzałam przed siebie. Tak, jakbym po raz pierwszy od dawna używała oczu.

Przede mną unosił się ogromny mięsień sercowy, choć formą przypominał ludzki organ, z cała pewnością nie było w nim nic ludzkiego. Był tak idealny, że z pewnością zabrakłoby mi słów, gdybym próbowała go opisać. Najbardziej zapamiętałam to, że również był w tym przedziwnym, a jednak pięknym miodowym kolorze.

-Co to jest?- zapytałam.                   
-Serce Świata, możesz je poprosić o wszystko, ale dokładnie przemyśl życzenie. Pragnienia sprytnie potrafią nas zwodzić.
Podeszłam niepewnym krokiem do olbrzymiego organu, ale cofnęłam się i odwróciłam do staruszka.
-Mędrcze, czy… tak bardzo bym chciała… ale nie wiem… czy mogę poprosić o konkret?

Mędrzec wykonał taki ruch ręką, jakby chciał mi coś pokazać i nagle znaleźliśmy się przy wodospadzie, którego widok zapierał mi dech w piersiach.Tym razem to mędrzec zadał mi pytanie:
-Czy widząc tak naturalne piękno, potrafisz uchwycić w nim choćby jeden konkret?

I już wiedziałam.
Że nie potrafię. 

napisane: 8 marca 2012