niedziela, 26 lutego 2012

Zginął pośpiech

Uliczkami Wrzeszcza biegnie dziewczyna, łamie obcasy na nierównej powierzchni chodnika. Po co tak biegnie? Czemu się spieszy? Może do pracy? Może do sklepu? Botki Gucciego, sukienka Prady, torebka Armaniego dokąd może się spieszyć ktoś taki? Włosy rozwiane, lecz pełne wdzięku. 

Przyspiesza. 
Pierwszy zakręt, drugi. 
Wbiega na ulicę. 
Zderzenie. 

Ocalała tylko torebka od Armaniego. 
Nie ma już pośpiechu.


29 lipca 2010

wtorek, 21 lutego 2012

Podarunek

Wszedł do chaty i powiesił kuszę na specjalnym haku. Rozejrzał się chwilę. Wszystko wydawało się być takie samo, ale wyczuwał w powietrzu coś dziwnego, coś czego nie potrafił sformułować w słowach.

Kufel stał na stoliku, dokładnie tam, gdzie go zostawił.
Kocioł leżał przewrócony nieopodal kominka.
Codzienny, normalny bajzel.

Mimo to panujący w sieni półmrok, nie pozwalał mu się uspokoić, budował atmosferę tajemniczości i wrogości. Zrobił parę kroków w przód, nagle kopnął coś ciężkiego. Ów przedmiot przesunął się o kilka cali do przodu, wydając przy tym nieprzyjemny szurający dźwięk.

Zaskoczony zapalił świecę, by przyjrzeć się kopniętemu przedmiotowi.
Nachylił się nad nim, a to, co zobaczył zaparło mu dech w piersiach.

Na podłodze leżał ludzki, krwisty mięsień sercowy, przebity ciężkim, ozdobnym mieczem. Do rękojeści przyczepione było płótno. Drżącymi dłońmi odczepił je i przeczytał napisaną na nim wiadomość:

Za wieczór w lesie i trunek niedokończony,
Za wszystkie słowa tak nieprawdziwe,
Przesyłam Ci wszystko, co mi odebrałeś.

sobota, 18 lutego 2012

Zwierzenia cienia

Stała przed lustrem, ale każda próba zobaczenia własnego odbicia kończyła się porażką. Gdyby cień mógł oglądać się w lustrze nie byłby cieniem, a postacią. Chciało jej się płakać, łzami, których i tak nie mogła zobaczyć. Nikt jej nie widział, nawet ona sama siebie nigdy nie widziała, więc skąd mogła mieć pewność, że istnieje? 

Nie pamiętała, co się dokładnie stało. Nie pamiętała, kiedy zamieniła się w cień. Pamiętała tylko tyle, że kiedyś paliła się w niej drobna iskierka, dzięki której przez ulotną chwilę była szczęśliwa. Gdy iskierka zgasła nic już nie było takie jak przedtem. Nie potrafiła uwolnić się z mroku, który zaczął ją ogarniać. 

Każdego dnia kłęby czarnego dymu otulały jej pozbawione życia, blade, delikatne ciało. Wtedy myślała, że to koniec. Tymczasem był to tylko jeden z etapów przejścia do Krainy Cienia.

Jeden z etapów przejścia do bytu w niebycie.


napisane: 8 sierpnia 2010

piątek, 17 lutego 2012

Niepokojący feminizm

Czy jestem feministką? Nie, nie w takim znaczeniu, jakie coraz częściej udaje mi się zaobserwować. Feminizm, jak wiemy ściśle wiąże się z równouprawnieniem kobiet, co z kolei wiąże się z większym udziałem kobiet w życiu społecznym, równymi zasadami pracy kobiet i mężczyzn, i tak dalej… Ale nie o tym feminizmie będzie tutaj mowa. 

Otóż często spotykam się z dziwnym zjawiskiem, które za każdym razem wywołuje u mnie wewnętrzny niesmak. Mężczyźni nie przepuszczają kobiet w drzwiach, nie pomagają im nosić ciężkich walizek, siatek. Często jak jestem w sklepie, w kinie, czy gdzieś indziej, widzę jak mężczyźni przepychają się do kolejek przed kobiety, taranując je, często nawet braknie im siły, żeby się odwrócić i przeprosić, a jedyne co można wówczas usłyszeć, to „sorry” od pleców takiego jegomościa. Na zarzuty dotyczące tego prymitywnego zachowania, panowie odpowiadają „Jestem zwolennikiem feminizmu.”. Kiedy pierwszy raz usłyszałam tą odpowiedź, zamurowało mnie, nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Gdy opowiedziałam o tym znajomej, skomentowała to następująco: Człowiek wykształcony, a mówi takie rzeczy… Nie uważam, żeby dobre wychowanie było determinowane przez wykształcenie (choć czasem te dwie rzeczy idą w parze, to jedno nie jest zdeterminowane przez drugie, i na odwrót). 

Feminizm, feminizmem, ale co z dobrymi manierami, szacunkiem do drugiej osoby? Mam wrażenie, że feminizm z jakim mamy do czynienia teraz, nie jest zjawiskiem pozytywnym. Nic nie zmieni tego, że kobieta jest kobietą, winna być zatem traktowana jak kobieta. 

Z niesmakiem patrzę na sytuacje, z którymi często można spotkać się w autobusie, czy w tramwaju. Dziewczyna jedzie ze swoimi kolegami, wszystkie miejsca siedzące są zajęte, ona stoi, a jej koledzy siedzą w najlepsze. Po minie dziewczyny widać, że nie jest zadowolona, ale dobre maniery nie pozwalają jej zwracać im publicznie uwagi. 

„Zwolennik feminizmu” to z pewnością bardzo wygodne wytłumaczenie na lenistwo, notoryczne okazywanie braku szacunku, i na udawanie niezdolności do jakiegoś większego wysiłku. Ciekawa jestem w takim razie, czy jeżeli „Zwolennik feminizmu” pozwoli sobie na jakiś haniebny czyn i w związku z tym zostanie uderzony przez kobietę, to również ją uderzy zostawiając parę siniaków na jej twarzy? Jest „Zwolennikiem feminizmu”, ona pierwsza go uderzyła, więc dlaczego on miałby tego nie robić. Straszne, ale jeżeli mężczyźni (na szczęście nie wszyscy) już teraz okazywanie braku szacunku, zasłaniają feminizmem, to równie dobrze mogą nim zasłonić przemoc. Przecież mężczyźni czasami między sobą wszczynają bójki, czemu by ich nie wszczynać z kobietami? Jeżeli panowie potrzebują jakiegoś powodu, żeby traktować kobietę z szacunkiem (chociaż moim zdaniem, w normalnym przypadku, żaden powód nie jest potrzebny, a normalny mężczyzna po prostu umie się właściwie zachować), może być to, że to właśnie kobiety są naturalnie uwarunkowane do rodzenia dzieci, to w nich przez dziewięć miesięcy rozwija się życie. Zatem mężczyźni powinni szanować kobiety, choćby przez szacunek do własnych matek. 

Sprawa szacunku zasługuje chyba na osobny tekst, ponieważ żyjemy w czasach, w których wiele się o szacunku mówi, a mało się go okazuje. 

Nie chciałabym jednak kończyć tego wywodu wnioskiem, że wszyscy mężczyźni są źli i nie potrafią się zachować. Podkreślam, że chodziło mi o zarysowanie szerzącego się zjawiska, a nie wrzucanie wszystkich do „jednego worka”. 

A panom przypominam, że kobiety lubią być przez was szokowane, ale tylko pozytywnie, nie negatywnie.

napisane: 17 lutego 2012

czwartek, 16 lutego 2012

Engiewook

Jak zawsze wieczorem, siedziałam przy stole usiłując skupić myśli na czymkolwiek. Miałam tyle do zrobienia, tak bardzo zależało mi na wypełnieniu wszystkich obowiązków, a równocześnie byłam zła na Engiewooka, który siedział przede mną i za cholerę nie chciał dać mi spokoju. Zamiast tego wpatrywał się w moje oczy nieobecnym wzrokiem. 
-Będziesz się tak ciągle gapił? Jak długo mam jeszcze cię znosić?- zapytałam poirytowana. 
-Engie nie powie. Engie wykonuje misję.- nawet kiedy mówił, jego pozbawiony emocji wyraz twarzy, nie ulegał najmniejszym zmianom. 

Engiewook przychodził co wieczór. Ciągle mówił o jakiejś misji, której szczegółów nie chciał zdradzić. Mógł tak wpatrywać się w moje oczy godzinami, denerwować mnie, wprawiać w agresję, równocześnie nie pozwalając by mój wzrok powędrował gdzieś indziej. Jego spojrzenie było tak silne, a równocześnie tak przenikliwe, że moja złość z minuty, na minutę zamieniała się w strach, przed tym tajemniczym osobnikiem, który torturował mnie psychicznie każdego wieczora i nie chciał odpuścić. Było mi ciężko pytać go o cokolwiek, aż w końcu pewnego dnia zebrałam się w sobie i zapytałam: 
-Engie, kim ty jesteś? 
-Tobą. 

napisane:  6 sierpnia 2010

środa, 15 lutego 2012

Złodziej lizaka

Po ulicy przechadzała się dziewczynka z lizakiem. Śpiewała głośno piosenkę, o tym, że nie wszystko jest takie jakim się wydaje, że czasem warto trochę szerzej otworzyć oczy i serce, by zobaczyć te jasne strony życia. W pewnym momencie zaczepił ją chłopiec, trochę starszy i zabrał jej lizaka.

Dziewczynka rozpłakała się.
Chłopiec nie bardzo rozumiał, o co jej chodzi.

-Czemu płaczesz?- zapytał.
-Bo zabrałeś mi lizaka.- powiedziała przez łzy.
-Zabrałem ci go po to, żeby móc go oddać.-powiedział i oddał dziewczynce jej własność.
-Ale dlaczego?- spytała ocierając łzy.
-Bo teraz mogę spytać jak masz na imię.
-Ada, a Ty?
-Tomek.
-A czemu nie tak zwyczajnie, czemu musiałeś mi zabrać lizaka?
-Bo nie potrafię inaczej.- powiedział Tomek rumieniąc się.

sobota, 11 lutego 2012

Świadomość w podróży

Świadomość zdecydowała się wyruszyć w daleką podróż, która miała pozwolić jej uzyskać odpowiedzi na pytania dotyczące Miłości. Świadomość była bardzo zdeterminowana w poszukiwaniach, dlatego marsz jej był bardzo długi i bardzo ciężki. Często napotykała na przeszkody, których w pogoni za celem, nie zauważała. Potykała się niejednokrotnie i upadała raniąc się boleśnie. Za każdym razem jednak podnosiła się i szła dalej, tak, jakby podróż w ogóle nie została przerwana. 

Pewnego dnia w korycie Rozumnej Rzeki, Świadomość dostrzegła Prastarego Żółwia, któremu postanowiła zadać swoje pytania. Prastary Żółw zastanowił się chwilę, westchnął ciężko i rzekł: 
-Miłość to jest coś nierozumnego, co radość i smutek przynosi… Ale czy na zadane pytania odpowiadać może żółw, który od stuleci siedzi w rzecznym korycie i Miłości nigdy nie poznał, ani nawet nie widział? Poszukaj raczej tych, którzy ją widzieli. 

Świadomość usłuchała rady Prastarego Żółwia i poszła dalej, nieusatysfakcjonowana uzyskaną odpowiedzią. Znów raniły ją liczne przeszkody, szaleńczo biegła za celem, skupiając się tylko na nim i całkowicie zapominając o drodze do niego. 

Nieopodal Lasu Wspomnień spotkała Duchy Dawnych Lat. Postanowiła więc zrobić przystanek i zadać im swoje pytania. Oczywiście Duchy Dawnych Lat widziały Miłość, ale dla każdego z nich była ona czymś innym. Niespokojne Duchy zaczęły przekrzykiwać się między sobą, na co bezradna Świadomość złapała się za głowę. Z przeraźliwego jazgotu nie dało się słyszeć żadnej konkretnej odpowiedzi. Duchy tak zajęte były sprzeczką, że nie zauważyły odchodzącej Świadomości. 

Dalsza droga była coraz trudniejsza, a przeszkody coraz cięższe do pokonania. Pewnego dnia, gdy Słońce wstawało nad Wydmami Nadziei, Świadomość spostrzegła małą dziewczynkę bawiącą się w piasku. Nie oczekując zbyt wiele od małego dziecka, zadała jej swoje pytania. Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko i powiedziała: 

-Miłość jest tym, czym wiesz, że jest, a czego nie potrafisz opisać, ani zatrzymać, gdy to już się dzieje. 

Świadomość zadumała się na chwilę, ale nie pojęła tej zagadkowej odpowiedzi. Zawiedziona rezultatami swej wędrówki, zrezygnowała z dalszej podróży i postanowiła zawrócić. W drodze powrotnej nie napotkała żadnej przeszkody, a stare rany zagoiły się. Gdy przechodziła przez Zwyczajne Pole dostrzegła uśmiechniętą Miłość idącą ku niej. Świadomość od razu ją rozpoznała, uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła na spotkanie.

piątek, 10 lutego 2012

Mistrz katastrof

Myślałem, że wszystko będzie pierwszorzędne. Tylko, że tak to jest, zawsze wiele myślę, a wychodzi, jak wychodzi. Moja dziewczyna miała dziś urodziny, zrobiłem tort truskawkowy. Jeżeli już musicie wiedzieć, to mam cukiernicze zdolności. Wszystko miało być tego dnia perfekcyjne, tak bardzo chciałem jej pokazać, że mi na niej zależy. Nawet napisałem piosenkę, to prawda, że była pełna powtórzeń i nieco banalna, ale przecież liczy się gest. W prezencie kupiłem jej ramkę na zdjęcia i wafle ryżowe, bo widziałem, że dużo ich je. Myślałem, że trafiłem w dziesiątkę, ale okazało się, że nie trafiłem nawet w tarczę. 

Przyszła do mnie do domu, a ja zacząłem śpiewać piosenkę. 

-Boże, robisz to, po to, żeby mnie odstraszyć? 

Ale nie poddałem się, dałem jej prezent, skąd mogłem wiedzieć, że będzie już tylko gorzej. 

-Wafle ryżowe? Sugerujesz, że jestem gruba? 

Miałem nadzieję, że poprawię sytuację, gdy na stole pojawi się tort. 

-Truskawki? Mam uczulenie! Chciałeś mnie otruć? Z nami koniec! 

Starałem się. Wyszło jak zawsze. Następnym razem, w ogóle nie będę się starał. No tak, zapomniałem, następnego razu nie będzie. Zerwała ze mną, po tym jak wysmarowałem jej twarz truskawkowym tortem, ale wiecie co? Nie żałuję. Mój współlokator zrobił naprawdę świetne zdjęcia, a umazana tortem buzia Anki straszy mieszkańców całego miasta, razem z kumplami wykupiliśmy trzy billboardy, co jakiś czas zbieramy gratulacje, albo siniaki, cóż...okazało się, że Anka ma kilku naprawdę bojowych znajomych. 

Mimo wszystko... warto było. 

sobota, 4 lutego 2012

Moje życie z Anną

Napotkałem ją na swojej drodze zupełnie niespodziewanie. Pewnego dnia po prostu pojawiła się w moim życiu. Raz na jakiś czas zdarza się coś takiego, że spotykasz kobietę, obok której nie możesz przejść obojętnie, bo wiesz, że jeśli to zrobisz, stracisz swoją jedyną szansę, bezpowrotnie.
Anna była zupełnie inna niż wszystkie kobiety, które dotychczas spotykałem. Z wielu rzeczy nie zdawała sobie sprawy, nawet z tego jak bardzo jest atrakcyjna. Nie wierzyła, kiedy mówiłem jej, że koledzy zazdroszczą mi, że spotykam się z taką piękną kobietą. Była niebanalna i może dlatego zawsze, kiedy jej o tym mówiłem, unosiła jedną brew w wyrazie niedowierzania. Oprócz tego, często zdarzało jej się zamykać się w sobie na długie godziny, rozmyślać i rozczesywać włosy, które od dawna były już rozczesane. Była w swoim własnym świecie, w transie, do którego nie dopuszczała nikogo poza sobą. Nie wiem gdzie wtedy była, ale nie przeszkadzała mi jej duchowa nieobecność. Nie chciałem jej zmieniać. Podobała mi się właśnie taka… zamknięta, nieodgadniona, niedostępna, zagubiona i dziwna.
Dzięki niej dowiedziałem się, że jest taki rodzaj ludzi, którzy zawsze są nieszczęśliwi niezależnie od tego, czy w ich życiu dzieje się coś złego, czy dobrego. Nie jest tak dlatego, że ci ludzie lubią cierpieć. Są rozdarci wewnętrznie. Od urodzenia czują się jakby byli więzieni. Chociaż żyją, odnoszą często, a może nawet nieustannie, wrażenie, że trwają w niebycie, porównują swoje istnienie do istnienia cienia, który w jakiś sposób jest, ale jednak pozostaje więźniem człowieka, czy przedmiotu, do którego nierozerwalnie należy. Życie człowieka rozdartego wewnętrznie jest nacechowane cierpieniem i bólem, ciągłym analizowaniem wszystkiego, które z kolei powoduje narastające zagubienie. Wszystko to widziałem w oczach Anny, jednak oprócz tego, widziałem w jej oczach również nadzieję, że ból kiedyś zniknie, chociaż podświadomie wiedziała, że będzie towarzyszył jej zawsze. Być może właśnie z powodu tej nadziei zwróciłem na nią uwagę.
Anna potrafiła zrozumieć każdego, nigdy wcześniej, ani nigdy później nie spotkałem kobiety tak mądrej jak ona. Zawsze miała czas dla ludzi, którzy byli dla niej ważni i nigdy nie oczekiwała niczego w zamian. Czasami miała tylko cichą nadzieję, że i ją, ktoś zapragnie zrozumieć. Niestety nikt się o to nie starał, często ludziom łatwiej jest czerpać, niż dawać z siebie cokolwiek. Myślałem, że to Anna nie pozwala ludziom się zrozumieć, że nie dopuszcza ich do siebie, do swoich problemów, bo wygodnie jest jej żyć, zamartwiając się. Zrozumiałem, że jest inaczej, kiedy pewnego dnia wróciłem do domu. Leżała na podłodze w łazience, krzyczała, i drżała na wzór człowieka rażonego prądem. Po jej policzkach spływały strumienie łez. Podbiegłem do niej, zacząłem ją przytulać i ocierać jej łzy, a ona krzyczała z bezradności: -Nie znasz tego bólu, nie wiesz jak to jest, kiedy ból ze środka doprowadza do szaleństwa, kiedy myśli jest tak dużo, że nie wiesz już, która z nich jest prawdziwa, a która jest urojeniem. Nawet nie wiem co robię tu z tobą, jak możesz tak dobrowolnie skazywać się na ciężar przebywania w moim towarzystwie.- Anna często nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo jej słowa mnie raniły. Wygłaszała je co jakiś czas, choć przecież byliśmy już wtedy małżeństwem i mieliśmy dwójkę dzieci. Całe życie nie pozwalała sobie samej uwierzyć w to, że ktoś może ją kochać bezinteresownie. Bała się, że gdy w to uwierzy, zniknę i złamię jej serce. Było mi przykro, że nie potrafi zobaczyć w sobie tych wszystkich dobrych cech, które przecież ja dostrzegałem. Strach przed zranieniem był silniejszy, być może dlatego Anna bez przerwy upadlała samą siebie przy użyciu słów. Mówiła, że jest kreaturą, że nie może być człowiekiem, bo nie jest zdolna do kochania, ani nikt nie może pokochać jej. Była zdolna, ale do tego również bała się przed sobą przyznać. Nie musiała używać słów, bo miłość do ludzi i do świata wypływała z niej sama. Byliśmy udanym małżeństwem, ale i trgo Anna nie chciała sobie uświadomić. Wiedziałem, że nie robi tego złośliwie, ten wewnętrzny, skomplikowany świat faktycznie ją więził.
 Kiedyś wmówiła sobie, że nie jest godna aby żyć, codziennie ciężko pracowała, codziennie próbowała być lepszym człowiekiem, ale nigdy nie potrafiła spełnić oczekiwań, które stawiała wobec siebie, które wciąż rosły i rosły.
Informację o spełnieniu jej cichego życzenia przyniósł lekarz, który wtargnął do naszego życia i wydał bezlitosny wyrok.
Dowiedziałem się wtedy, że Anna jest poważnie chora, że nie zostało jej już wiele życia, że nie będzie jej dane patrzeć jak nasze dzieci dorastają. Jednak, choć tyle razy mówiła, że nie chce żyć, że się męczy, nie uradowała jej wcale ta wiadomość, w jej oczach nie pojawiła się najmniejsza ulga, tylko ból. Inny niż ten, jaki zwykle u niej dostrzegałem. Płakała takimi łzami, jakich jeszcze nigdy u niej nie widziałem.
-Przepraszam, ja… nie umiem mówić o swoich uczuciach, ale to nie znaczy, że nic nie czuję. Ja po prostu… Nie chcę cię zostawić, ani dzieci, bez was…- nie mogła powiedzieć już nic więcej, rozpłakała się jeszcze bardziej. Było to najszczersze wyznanie, na jakie kiedykolwiek się zdobyła, i chociaż nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, wiedziałem, co chciała mi powiedzieć.
Przytuliłem ją i wtedy rozpłakałem się po raz pierwszy w życiu. Płakaliśmy razem, była to naprawdę długa noc, pełna smutku i bólu, ale również szczerości. Z tak wielu rzeczy Anna nie zdawała sobie sprawy… Do końca twierdziła, że nie potrafi mówić o swoich uczuciach. A jednak potrafiła robić to lepiej niż ktokolwiek inny, nie używała pustych słów. Każdego dnia swoim zachowaniem i dobrymi uczynkami odsłaniała serce, którym zawsze obdarowywała w całości.
Miesiąc po tamtej nocy kładłem czerwoną różę na marmurowym nagrobku. Walczyłem z uczuciem pustki i świadomością, że opuścił mnie ktoś bardzo, bardzo ważny, kto wniósł w moje życie więcej niż był tego świadom. Od czasu jej śmierci żyłem nadzieją, że sam kiedyś umrę i zobaczę ją znów.
Czy teraz jesteś szczęśliwa, Anno? 

czwartek, 2 lutego 2012

Anatomia Bezsilności

Siedział w samochodzie. Tak bardzo chciał do niej pojechać, ale życie ostatnio zrobiło się zbyt trudne. Wszystkie te sytuacje, które  faktycznie miały miejsce, które mógł przewidzieć ale nie chciał.
W końcu, to on był tym, który wyjechał. To on obiecał, że wróci i będzie zawsze ją kochał. Wszystko to oczywiście była prawda, bo kochał ją, jak nigdy nikogo. Nie chciał jej zranić, ale to zrobił. Zdradził ją. Tego nie da się cofnąć.

Gdyby nie ten tłoczny bar, gdyby nie jego kumpel i ta ponętna blondynka, prawdopodobnie nigdy by tego nie zrobił, ale stało się. Parę drinków, urwany film i pobudka w nie swoim łóżku, z kobietą, której imienia nie pamiętał. Wiele by dał żeby cofnąć czas, ale nie mógł.

Pamiętał ten dzień, gdy żegnali się przed wyjazdem. Była taka smutna, taka zatroskana i śliczna. Zrobiłaby dla niego wszystko, wiedział o tym. Pojechałaby z nim, gdyby ją o to poprosił. Mimo braku pieniędzy i mimo trudności, zostawiłaby wszystko i pojechała z nim.

Oparł głowę o kierownicę i rozpłakał się, nad miłością, którą pogrzebał swoim nieprzemyślanym czynem. Nigdy już nie będzie tak samo, a za głupotę niestety trzeba zapłacić.

środa, 1 lutego 2012

Koci Mędrzec

Obserwowałem ją kiedy spała. Wieczorne siadanie na jej szafie było moim małym rytuałem. Stamtąd wyglądała tak ślicznie, kiedy przewracała się z boku na bok. Była taka delikatna, taka bezbronna, tak zabawnie dziecinna, chociaż przecież już od jakiegoś czasu była fizycznie dojrzałą kobietą. 

Spotkaliśmy się po raz pierwszy na cmentarzu, kiedy stawiała świeczkę na grobie swojej ciotki. Przechadzałem się między alejkami. Była taka urocza. Miała wtedy zaledwie dwanaście lat. Zauważyła mnie. Nie wiem dlaczego akurat ona, przecież ludzie codziennie mijali mnie całkowicie ignorując moje istnienie. Ale nie ona. Tamtego dnia spojrzała mi w oczy i szepnęła szybko „Wiem, kim jesteś. Będę odwiedzać cię co roku.”  Byłem w szoku, który odebrał mi zdolność myślenia.

Zgodnie z daną mi obietnicą, wracała zawsze po roku. Byłem jednak zbyt nieśmiały i chowałem się za nagrobkami, by móc obserwować ją z ukrycia. Widziałem jak się zmienia, jak jej okrągłe rysy, wysmuklają się coraz bardziej. Z roku na rok była coraz piękniejsza.

W końcu przestała przychodzić, a ja zacząłem jej szukać, aż wpadłem na jej trop. Co noc wślizguję się do jej domu przez otwarte okno i obserwuję ją kiedy śpi.

Ona jedyna odkryła duszę zaklętą w ciele czarnego kota, o seledynowych ślepiach. Może była w stanie zrzucić mój ciężar, pomóc mi odejść tam, gdzie moja dusza być powinna. Ja jednak nie chciałem tego, bo wtedy nie mógłbym już zakradać się przez okno i patrzeć na parę wydobywającą się z jej malinowych ust.

Czasami siadywałem na parapecie jej okna i obserwowałem ją kiedy płakała. Robiła to głównie wieczorami, żeby nikt nie widział. Była nieszczęśliwa, ale nie przeszkadzało jej to w uśmiechaniu się do wszystkiego i wszystkich za dnia. Bardzo chciałem jej pomóc, ale jako kot niewiele miałem możliwości, tylko tą jedną, mieć nadzieję, że nadejdzie taki czas, w którym jej serce zazna ukojenia.

Dziwiłem się często dlaczego ta młoda kobieta, spędza wieczory samotnie. Żaden mężczyzna nie był w stanie przejść obok niej obojętnie, a jednak była sama i wciąż płakała. Każdy jej czyn nawet najdrobniejszy emanował miłością. Nigdy wcześniej nie spotkałem takiej kobiety, tak bardzo pełnej miłości, a równocześnie tak samotnej. Tak spragnionej by kogoś tą miłością obdarzyć.

Było w jej życiu kilku mężczyzn, ale tak się złożyło, że każdy traktował ją powierzchownie i przedmiotowo. Mimo to nie zraziła się do nich, wciąż czekając na tego, z którym znajomość nie będzie tylko bolesnym epizodem, a przerodzi się w coś wartościowego i pięknego. Nie znalazł się jeszcze taki, który z równą fascynacją, jak moja, zechciałby poznawać najdziwniejsze nawet zakamarki jej duszy. Gdybym miał taką możność, z pewnością przybrałbym ludzką postać i zapukał do jej drzwi, zamiast wkradać się przez okno jak nocny złodziej.

Niesamowite było to, że mimo młodego wieku, nie oceniała ludzi po wyglądzie, nie interesowała ją fizyczność jako taka, lecz poszukiwała raczej jedności duchowej z drugim człowiekiem. Jednak w materialnym świecie, w którym rządzi pieniądz, często nie dostrzega się takich ludzi jak ona.  Niejeden człowiek, mógłby ją określić mianem dojmująco zwyczajnej, dlatego, że w dzień studiowała, wieczorem albo szła do biblioteki, albo siadała w fotelu i czytała książkę. Czasami szła na spacer nad morze z przyjaciółmi, lub spokojnie popijała kawę w jednej z pobliskich kawiarni. Nigdy nie udawała, że jest kimś innym, albo, że coś innego sprawia jej przyjemność większą, niż to, co cieszy ją w rzeczywistości. Nie starała się też jakoś specjalnie nadążać za światem, żyła swoim własnym rytmem.

Czasami budziła się w środku nocy tylko po to, żeby szerzej otworzyć okno i spoglądać na księżyc. Fascynowały ją zjawiska majestatyczne- nazywała tak rzeczy, na które człowiek nie ma wpływu. Chodziło tutaj o idealną, nieskalaną, niewidoczną gołym okiem z Ziemi strukturę księżyca, o burze, ulewne deszcze- przed którymi nigdy nie lubiła się chować. Wszystkie te zjawiska napawały ją szczerą i bezgraniczną miłością do świata, a równocześnie uświadamiały jej, jak słaby jest człowiek, i jak niewiele znaczy, że gdzieś tam musi być coś większego, jakiś Absolut, obdarzony bezgraniczną siłą i mądrością. 

Tego dnia siedziałem na parapecie, okno miała na tyle duże, że jeśli było się dostatecznie blisko, można było bez problemu oglądać całe pomieszczenie. Dzisiaj wydawała mi się bardziej energiczna niż zwykle, pełniejsza życia. Tym bardziej zdziwiłem się, dlaczego ściągnęła z szafy swoje pudło z pamiętnikami i zaczęła przepuszczać zapisane kartki przez bezlitosną niszczarkę. Czasami zatrzymywała na chwilę swoje niszczycielskie działania, żeby coś przeczytać i zaśmiać się. W końcu zrozumiałem, że nie jest to pozbawiony motywów wybryk. Zwykle, kiedy zaczynał się w jej życiu nowy etap, brała kuchenne nożyczki i ścinała sobie włosy wedle własnego upodobania, aby potem umówić się do fryzjera i wyrównać to, co jej nie wyszło. Zrozumiałem, że niszczenie pamiętników, symbolizowało jeszcze mocniej przejście do kolejnego etapu. W pięćdziesięciu ośmiu zeszytach, było zapisane całe jej życie, od czasów szkoły podstawowej. Nie wiedzieć czemu żegnała się z nim, jakby z ulgą. Nawet na chwilę, piękny uśmiech, nie spełznął z jej ust. Było w tym coś szalonego, a równocześnie intrygującego. Niszczarka co jakiś czas się zapełniała, i dziewczyna przekładała paski papieru do wielkiego, niebieskiego worka.

Może nie chciała żeby ktokolwiek w przyszłości czytał jej pamiętniki, poznał ją tak naprawdę, do końca, tak, jak nawet ona sama siebie nie znała? A może po prostu nie chciała powierzać życia dziewięćdziesięciokartkowym zeszytom w niebieską kratkę? Może uznała, że te pamiętniki są jak stary przyjaciel z dawnych lat, że przychodzi taki moment, kiedy po prostu trzeba się z nim pożegnać, bo wraz z nim nie można już zrobić ani jednego kroku wprzód?
W pamiętniku opisywała wszystko, wiem, bo kiedyś gdy szła spać, zostawiła na biurku jeden z zeszytów, a ja nie mogłem się powstrzymać by do niego nie zajrzeć i nie poznać jej jeszcze trochę lepiej. Nie było niebezpieczeństwa, że wyznam komuś jej tajemnice, dlatego nie czuję się winny, że pozwoliłem sobie wkroczyć w jej prywatne życie, o czym zresztą nigdy się nie dowiedziała. Opisywała radości i cierpienia, bóle i najgłębsze marzenia. Wszystkie jej słowa były prawdziwe, choć można było z łatwością zauważyć, że przebija przez nie jakaś bliżej niesprecyzowana i najgłębsza tęsknota serca. Przez te wszystkie lata, kiedy obserwowałem jej najdrobniejsze zachowania, zawsze było coś takiego, czym mnie zaskakiwała.

Kiedy już wszystkie zeszyty zostały zniszczone, wyszła na chwilę z domu by wyrzucić śmieci. Potem wróciła i zachowywała się tak, jakby na coś czekała. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Do jej mieszkania wszedł jakiś mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Miał na sobie flanelową koszulę w kratę i beżowe spodnie typu sztruksy. Okno było przymknięte, więc nie wiedziałem o czym rozmawiali.

Widziałem tylko jak ona uśmiecha się niemal bez przerwy. Kobieta na chwilę wyszła z pokoju, mężczyzna siedział na kanapie opierając dłonie o swoje kolana i bezwiednie wpatrywał się z uśmiechem w parkiet. Wróciła do pomieszczenia trzymając tacę, na której stały dwie filiżanki kawy i pudełko z ciastkami. Rozmawiali i popijali gorący napój. Mężczyzna wstał, chyba pytał, czy może przejrzeć jej księgozbiór, bo kiedy kiwnęła głową podszedł do obszernego regału z książkami. Pewnie opowiadała mu o tym co przeczytała, czego jeszcze nie zdążyła i jakie dzieła poleca. Był bardzo zainteresowany, prawdopodobnie też przeczytał wiele książek. Nie wiem skąd nagle znalazł się w jej domu, ale podejrzewam, że to nie było ich pierwsze spotkanie. Pewnie widywała go gdzieś, może na uczelni, może w pracy, albo w bibliotece. Potem wyszli z domu, podążyłem za nimi, poszli nad morze, ciągle rozmawiali, przez grzeczność postanowiłem nie podsłuchiwać i poprzestać jedynie na przyglądaniu się im.

Przypomniało mi to kadry z mojego dawnego życia z Anną. To dziwne, jak dawno o niej nie myślałem, ciekawe czy też została zaklęta w kota, czy może jest zupełnie gdzieś indziej. I nagle pojąłem, to nie jest kara za grzechy z dawnego życia. To nie przewinienia z dawnych lat trzymają mnie w ciele kota, wśród żywych. Przede wszystkim zrozumiałem, że ten stan rzeczy nie jest bezcelowy. Miałem stróżować tej młodej kobiecie, do której przywiązałem się przez lata. To nie była żadna klątwa, ale zadanie. Miałem jej doglądać i pilnować, by tego dnia, kiedy odpowiedni człowiek stanie na jej drodze, przypomnieć sobie o Annie, mojej ukochanej żonie i odejść tam gdzie ona, na zawsze uwolnić duszę od ciała i odejść tym razem ostatecznie. 

Teraz miałem zostawić dziewczynę w dobrych rękach i pozwolić jej co wieczór uśmiechać się przez sen, bo tego dnia osiągnąłem pewność, że już nigdy nie zapłacze w poduszkę, a nawet jeżeli, to na pewno nie będzie z tym sama. Bo obok niej, od teraz, zawsze będzie ktoś, kto obejmie ją ramieniem,  wytrze jej łzy i każdym swym uczynkiem oraz słowem, będzie dawał jej gwarancje swoich uczuć. Ucieszyłem się w duchu, że choć ona pewnie jeszcze tego nie wie, to już odnalazła to, za czym tak przez lata płakała w poduszkę. Nie potrzebuje już tajnego obserwatora, jakim byłem, teraz kto inny będzie jej doglądał. Postanowiłem zabrać pamięć o nich, idących razem i radośnie rozmawiających, tam, dokąd teraz przyszło mi odejść.
*
-Zobacz, ten kot… Chyba zdechł. Nie powinien tak leżeć na chodniku, ludzie udają, że go nie widzą, jeszcze go ktoś rozdepcze…- powiedziała ze smutkiem spoglądając na czarnego futrzaka, który leżał bezwładnie na ziemi. Wracali właśnie znad morza.

-Niedaleko mieszka mój przyjaciel, poczekaj tu na mnie, proszę, pójdę do niego i pożyczę łopatę, na pewno ma jakąś piwnicy.- powiedział i ruszył pewnym krokiem w stronę blokowisk.

Zaskoczyło ją to, że w ten sposób zareagował. Ktoś inny z pewnością popukałby się w głowę i kazałby jej obojętnie ominąć martwe zwierzę. Nie potrafiłaby się jednak na to zdobyć, była bardzo wrażliwa, a na dodatek, ten kot… Miała wrażenie, jakby kiedyś gdzieś już go widziała, w jakimś niewytłumaczalnym sensie czuła więź łączącą ją z tym zwierzęciem.

Po jakimś czasie, mężczyzna wrócił z łopatą i razem udali się na okoliczne pustkowie, żeby pochować kota. Są na świecie takie rzeczy, których człowiek nie jest w stanie pojąć od razu, ale nigdy nie ujdą one uwadze kociego mędrca.

Śpiąca Królewna

Malinowo- kolorowo- herbaciane-marzycielsko
Marzycielsko, bo… Siedzę sobie w fotelu i marzę. Jestem szczęśliwa, bo wiem, że jak tak sobie marzę, to w końcu sobie wymarzę i moje marzenia się spełnią. Muszą się spełnić. Przecież od tego są. Na pewno się spełnią. Poza tym, mogę poczekać. Nawet jeżeli jeszcze się nie spełniły, to kiedyś na pewno się to wydarzy. Wtedy, kiedy najmniej będę się tego spodziewać.
Dlaczego kolorowo? Bo uwielbiam żyć na zielono, pomarańczowo i żółto. Bez kolorów świat byłby okropnie brzydki. Taki niedorysowany, niedokończony. Trochę tak, jak stary komiks leżący gdzieś w piwnicy, bo autor uznał, że nie jest na tyle dobry, żeby go kończyć. To smutne. Najpierw daje się postaciom życie, a potem wrzuca się je do szafy, skazując na wieczny nieraz zastój. Dobrze, że świat taki nie jest. Świat nie jest poszarzały, jest piękny bo jest kolorowy, bo nie został wrzucony do piwnicy.
Herbacianie… nic mnie bardziej nie uspokaja niż gorąca herbata. Uwielbiam wpatrywać się w parę i wdychać herbaciany aromat. Malinowy, tym razem. Uwielbiam malinową herbatę. Mogłabym ją pić i nigdy mi się nie znudzi. Pewnie dlatego, że smakuje jak miłość. Co do miłości, to znalazłam ją na razie tylko w herbacie, ale skoro tak wytrwale marzę to może w końcu się spełni. Na pewno. Musi. 
W swoich marzeniach zrezygnowałam już nawet z księcia na białym koniu. To nie musi być biały koń, książę może przyjechać nawet na misiu polarnym, a nawet przylecieć na gęsi. Tylko, niechże on się wreszcie zjawi. Jako śpiąca królewna mam już dosyć tego spania, czekam na przebudzenie.
-Myśli Pani, że ona w końcu się obudzi? – zapytał Książę stojącą przy oknie pielęgniarkę. 
-A pewnie, że tak. Nie czytałeś bajki? 
-Czytałem.
-No, to w czym problem?- dopytywała się wyraźnie zaciekawiona pielęgniarka. 
-Nieśmiały jestem.- powiedział Książę rumieniąc się.
-Ale ona śpi.
-Przecież widzę. Na Litość Boską, proszę niech Pani po prostu stąd wyjdzie.- poprosił Książę. Pielęgniarka zrobiła obrażoną minę i wyszła z sali szpitalnej.
Książę wziął głęboki wdech i z należytym wdziękiem pocałował Królewnę. Dziewczyna otworzyła oczy i w tym momencie cały jej świat się zmienił. Marzenia się spełniły, przecież musiały, bo od tego są. Później bywało już tylko malinowo-herbacianie.