sobota, 4 lutego 2012

Moje życie z Anną

Napotkałem ją na swojej drodze zupełnie niespodziewanie. Pewnego dnia po prostu pojawiła się w moim życiu. Raz na jakiś czas zdarza się coś takiego, że spotykasz kobietę, obok której nie możesz przejść obojętnie, bo wiesz, że jeśli to zrobisz, stracisz swoją jedyną szansę, bezpowrotnie.
Anna była zupełnie inna niż wszystkie kobiety, które dotychczas spotykałem. Z wielu rzeczy nie zdawała sobie sprawy, nawet z tego jak bardzo jest atrakcyjna. Nie wierzyła, kiedy mówiłem jej, że koledzy zazdroszczą mi, że spotykam się z taką piękną kobietą. Była niebanalna i może dlatego zawsze, kiedy jej o tym mówiłem, unosiła jedną brew w wyrazie niedowierzania. Oprócz tego, często zdarzało jej się zamykać się w sobie na długie godziny, rozmyślać i rozczesywać włosy, które od dawna były już rozczesane. Była w swoim własnym świecie, w transie, do którego nie dopuszczała nikogo poza sobą. Nie wiem gdzie wtedy była, ale nie przeszkadzała mi jej duchowa nieobecność. Nie chciałem jej zmieniać. Podobała mi się właśnie taka… zamknięta, nieodgadniona, niedostępna, zagubiona i dziwna.
Dzięki niej dowiedziałem się, że jest taki rodzaj ludzi, którzy zawsze są nieszczęśliwi niezależnie od tego, czy w ich życiu dzieje się coś złego, czy dobrego. Nie jest tak dlatego, że ci ludzie lubią cierpieć. Są rozdarci wewnętrznie. Od urodzenia czują się jakby byli więzieni. Chociaż żyją, odnoszą często, a może nawet nieustannie, wrażenie, że trwają w niebycie, porównują swoje istnienie do istnienia cienia, który w jakiś sposób jest, ale jednak pozostaje więźniem człowieka, czy przedmiotu, do którego nierozerwalnie należy. Życie człowieka rozdartego wewnętrznie jest nacechowane cierpieniem i bólem, ciągłym analizowaniem wszystkiego, które z kolei powoduje narastające zagubienie. Wszystko to widziałem w oczach Anny, jednak oprócz tego, widziałem w jej oczach również nadzieję, że ból kiedyś zniknie, chociaż podświadomie wiedziała, że będzie towarzyszył jej zawsze. Być może właśnie z powodu tej nadziei zwróciłem na nią uwagę.
Anna potrafiła zrozumieć każdego, nigdy wcześniej, ani nigdy później nie spotkałem kobiety tak mądrej jak ona. Zawsze miała czas dla ludzi, którzy byli dla niej ważni i nigdy nie oczekiwała niczego w zamian. Czasami miała tylko cichą nadzieję, że i ją, ktoś zapragnie zrozumieć. Niestety nikt się o to nie starał, często ludziom łatwiej jest czerpać, niż dawać z siebie cokolwiek. Myślałem, że to Anna nie pozwala ludziom się zrozumieć, że nie dopuszcza ich do siebie, do swoich problemów, bo wygodnie jest jej żyć, zamartwiając się. Zrozumiałem, że jest inaczej, kiedy pewnego dnia wróciłem do domu. Leżała na podłodze w łazience, krzyczała, i drżała na wzór człowieka rażonego prądem. Po jej policzkach spływały strumienie łez. Podbiegłem do niej, zacząłem ją przytulać i ocierać jej łzy, a ona krzyczała z bezradności: -Nie znasz tego bólu, nie wiesz jak to jest, kiedy ból ze środka doprowadza do szaleństwa, kiedy myśli jest tak dużo, że nie wiesz już, która z nich jest prawdziwa, a która jest urojeniem. Nawet nie wiem co robię tu z tobą, jak możesz tak dobrowolnie skazywać się na ciężar przebywania w moim towarzystwie.- Anna często nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo jej słowa mnie raniły. Wygłaszała je co jakiś czas, choć przecież byliśmy już wtedy małżeństwem i mieliśmy dwójkę dzieci. Całe życie nie pozwalała sobie samej uwierzyć w to, że ktoś może ją kochać bezinteresownie. Bała się, że gdy w to uwierzy, zniknę i złamię jej serce. Było mi przykro, że nie potrafi zobaczyć w sobie tych wszystkich dobrych cech, które przecież ja dostrzegałem. Strach przed zranieniem był silniejszy, być może dlatego Anna bez przerwy upadlała samą siebie przy użyciu słów. Mówiła, że jest kreaturą, że nie może być człowiekiem, bo nie jest zdolna do kochania, ani nikt nie może pokochać jej. Była zdolna, ale do tego również bała się przed sobą przyznać. Nie musiała używać słów, bo miłość do ludzi i do świata wypływała z niej sama. Byliśmy udanym małżeństwem, ale i trgo Anna nie chciała sobie uświadomić. Wiedziałem, że nie robi tego złośliwie, ten wewnętrzny, skomplikowany świat faktycznie ją więził.
 Kiedyś wmówiła sobie, że nie jest godna aby żyć, codziennie ciężko pracowała, codziennie próbowała być lepszym człowiekiem, ale nigdy nie potrafiła spełnić oczekiwań, które stawiała wobec siebie, które wciąż rosły i rosły.
Informację o spełnieniu jej cichego życzenia przyniósł lekarz, który wtargnął do naszego życia i wydał bezlitosny wyrok.
Dowiedziałem się wtedy, że Anna jest poważnie chora, że nie zostało jej już wiele życia, że nie będzie jej dane patrzeć jak nasze dzieci dorastają. Jednak, choć tyle razy mówiła, że nie chce żyć, że się męczy, nie uradowała jej wcale ta wiadomość, w jej oczach nie pojawiła się najmniejsza ulga, tylko ból. Inny niż ten, jaki zwykle u niej dostrzegałem. Płakała takimi łzami, jakich jeszcze nigdy u niej nie widziałem.
-Przepraszam, ja… nie umiem mówić o swoich uczuciach, ale to nie znaczy, że nic nie czuję. Ja po prostu… Nie chcę cię zostawić, ani dzieci, bez was…- nie mogła powiedzieć już nic więcej, rozpłakała się jeszcze bardziej. Było to najszczersze wyznanie, na jakie kiedykolwiek się zdobyła, i chociaż nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, wiedziałem, co chciała mi powiedzieć.
Przytuliłem ją i wtedy rozpłakałem się po raz pierwszy w życiu. Płakaliśmy razem, była to naprawdę długa noc, pełna smutku i bólu, ale również szczerości. Z tak wielu rzeczy Anna nie zdawała sobie sprawy… Do końca twierdziła, że nie potrafi mówić o swoich uczuciach. A jednak potrafiła robić to lepiej niż ktokolwiek inny, nie używała pustych słów. Każdego dnia swoim zachowaniem i dobrymi uczynkami odsłaniała serce, którym zawsze obdarowywała w całości.
Miesiąc po tamtej nocy kładłem czerwoną różę na marmurowym nagrobku. Walczyłem z uczuciem pustki i świadomością, że opuścił mnie ktoś bardzo, bardzo ważny, kto wniósł w moje życie więcej niż był tego świadom. Od czasu jej śmierci żyłem nadzieją, że sam kiedyś umrę i zobaczę ją znów.
Czy teraz jesteś szczęśliwa, Anno?