sobota, 28 kwietnia 2012

Wózek Magdaleny

Magdalena godzinami przesiadywała na werandzie, wspominając życie sprzed wypadku, kiedy ganiała za swoimi dziećmi po podwórku, łapała je i przytulała tak, jak tylko mama potrafi. Nigdy nie był to dla niej rodzicielski obowiązek, a coś niesamowicie wartościowego, czego tak naprawdę nie da się określić w słowach. Było to coś, co motywowało ją do wczesnego wstawania i przygotowywania śniadania dla wszystkich domowników. Czasami marudziła, ale przecież nie dlatego, że było jej źle, po prostu chciała żeby zauważyli jak wiele dla nich robi. Ale oni widzieli, zawsze widzieli. Przytulali ją, uśmiechali się, ufali jej, czuli, że była dla nich.

Teraz wszystko się zmieniło, wiedziała, że już nigdy nie pobiegnie. Nagle przestała się nadawać (a przynajmniej tak myślała) do czynności, które wykonywała niegdyś codziennie, które niegdyś nie sprawiały jej żadnego problemu. Życie stało się inne, nawet wstawanie z łóżka przestało ją cieszyć. Oczywiście, jeżeli wstawaniem można nazwać codzienny trud polegający na zsuwaniu się z łóżka na wózek inwalidzki. Byłoby jej prościej gdyby urodziła się taka, ale ciągle pamiętała jak to jest, kiedy się biega, chodzi. Te wszystkie myśli nie pozwalały jej przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Nie potrafiła wytłumaczyć córkom, dlaczego mama od jakiegoś czasu nie wstaje, dlaczego nie ma w niej tyle entuzjazmu, i dlaczego jest inna niż wcześniej. 

Mąż mówił jej, że nic się nie zmieniło, że przecież cały czas jest tą samą Magdaleną, że nie potrzebuje jej biegania za dziećmi, wczesnego wstawania,  że nie musi słyszeć jej kroków, żeby wiedzieć, że jest blisko niego. W chwilach bezsilności krzyczał na nią, że jej potrzebuje, że nieważne jak bardzo ona się zamknie na niego i na dzieci, on będzie, bo on wierzy, a jeśli ona nie wierzy, to będzie wierzył za nią, tak długo, jak długo będzie trzeba. A wtedy ona płakała, bo wiedziała, że swoim zachowaniem rani tych, których kocha najbardziej. Sama myśl, że mogłaby zranić męża i dzieci, napawała ją smutkiem i wstrętem do samej siebie,a przecież robiła to nieustannie od jakiegoś czasu. Jednakże, są takie sytuacje, w których człowiek nie potrafi zachowywać się tak, jakby tego chciał, kiedy nie wierzy w swoją wartość, nie potrafi nic z siebie dać, braknie mu do tego sił.

Magdalena wiedziała, że nie chodzi o jej nogi, nie chodzi o wypadek, nie chodzi o to, że przez resztę życia będzie przykuta do wózka. Chodzi o nią, o to coś, co w środku pękło. Coś, co sprawiało, że czuła się samotna, chociaż wokół niej wciąż byli najbliżsi, którzy wspierali ją z całych sił. Jej mąż wierzył, wierzył tak, jak obiecał. Wierzył za dwoje. Bo kiedy jedno nie może, drugie jeśli kocha, daje z siebie dwa razy więcej, nie dlatego, że musi, nie z obowiązku, ale z miłości po prostu. To są te sprawy tak proste, a równocześnie tak potężne, że nie da się ich ani wyjaśnić, ani racjonalnie uzasadnić. To właśnie one spędzają sen z oczu naukowcom, nie dlatego, że są złożone, ale właśnie dlatego, że są tak zwyczajne, proste, a przy tym doskonałe. I nie potrzeba żadnych zaświatów do wyjaśniania takich spraw, bo one dzieją się tu, między ludźmi, są w Tobie, a nie gdzieś tam w nieskończonym kosmosie. 

Magdalena wiedziała o tym wszystkim, ale sama wiedza też nie wystarczy. Czasami trzeba poczekać, na coś tak banalnego jak wiosenny deszcz, jak cisza po burzy.

Aż pewnego dnia nadszedł ten poranek, kiedy promienie wschodzącego słońca, przedarły się przez lekko odchyloną zasłonę i spłynęły prosto na twarz Magdaleny. I tak naprawdę nie stało się nic, a może właśnie stało się coś, bo po raz pierwszy od dwóch lat, przytuliła się do śpiącego jeszcze męża i wyszeptała krótkie: 
Przepraszam.