piątek, 8 czerwca 2012

Biuro Rzeczy Znalezionych


Całe życie spędziłem na zastanawianiu się kim powinienem być i jaki powinienem być. Oczywiście pewnie nie muszę mówić, że była to absolutna strata czasu, która zaowocowała zgubieniem własnego ja. Mówią, że we wszystkim można przesadzić, mają rację. Jestem tego najlepszym przykładem. Kiedy bardzo chcesz być "jakimś", któregoś dnia łapiesz się na tym, że właściwie jesteś nikim, bezkształtną masą, która pozbawiła samą siebie indywidualności na rzecz przerysowanych ideałów. Nie masz nawet siły załamać się i zapłakać, zastanawiasz się tylko, co byś zrobił na swoim miejscu gdybyś był sobą. 

Któregoś razu, gdy wysiadłem z metra, ujrzałem przed sobą ogromny billboard: Biuro Rzeczy Znalezionych, u nas nic nie ginie.  Jako typowy prymityw wychowany przez telewizyjno-radiową aparaturę konsumpcyjną, zaufałem billboardowi i nie zastanawiając się nad niczym poszedłem do Biura Rzeczy Znalezionych.

W progu powitała mnie uśmiechnięta, długonoga kobieta o figurze modelki, prosto z reklam bielizny Victoria's Secret. Muszę przyznać, że byłem bardzo zaskoczony, w  takim miejscu spodziewałbym się raczej staruszka z drewnianą nogą i szklanym okiem.

-Czym mogę służyć?- zapytała kobieta. Powstrzymując się od tego, co naprawdę chciałbym powiedzieć, wybąkałem tylko, że zgubiłem w metrze mój ulubiony parasol. Była to jedyna rzecz, która przyszła mi do głowy tak na poczekaniu. Oczywiście nie przyszedłem po to, żeby odnaleźć parasol, ale żeby odnaleźć samego siebie. 

-Przykro mi, niestety nie mamy tutaj takich rzeczy.- odpowiedziała modelka przybierając nadąsany wyraz twarzy.

-Podobno to Biuro Rzeczy Znalezionych, ludzie codziennie gubią parasole w metrze, jak to możliwe, że nie macie tutaj żadnego. Podobno nic tutaj nie ginie.- powiedziałem. 

-Nic nie ginie to prawda.- uśmiechnęła się modelka, a ja powoli zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie robi ze mnie idioty. 

-Proszę wybaczyć, nie rozumiem.- odparłem urażony.
-Nic nie ginie. Gdyby tutaj coś było, mogłoby zginąć. Ale skoro nie ma tutaj nic, to nic nie może zginąć. Żeby coś mogło zginąć, musiałoby być. 
-Przepraszam, ale czy uczą was takich tekstów na sesjach Victoria's Secret? Przyznam, że to lepsze niż puste frazesy o pokoju na świecie, wypowiadane przez laureatki nagrody Miss Kalarepy. - powinienem był powstrzymać te słowa zanim wyszły z moich ust. Później... było już tylko gorzej.

Kichnąłem, a kiedy otworzyłem oczy, nie stała przede mną modelka, a starzec odziany w łachmany i poniszczone sandały.

-To jakiś fotomontaż 3d, czy inna sztuczka?
-To jest rzeczywistość. - odpowiedział starzec. 
Wezbrała we mnie ochota aby go uderzyć, nie lubię jak ktoś usiłuje grać ze mną w kalambury. 
-A... gdzie jest ta modelka? -zapytałem.
-Żadnej modelki nie było. 
-Mógłbyś udzielać bardziej szczegółowych odpowiedzi na moje pytania. 
-Nie widzę takiej potrzeby.- powiedział starzec.
-Co to jest za miejsce?! - zapytałem nie kryjąc poirytowania. 
-A jakie miejsce lubisz?
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
-A ty nie odpowiedziałeś na moje.- odrzekł starzec niewzruszony moim napadem wściekłości. 
-Nie mam pojęcia jakie jest moje ulubione miejsce. Nie mam swojego ulubionego miejsca!- krzyczałem.
-Przyszedłeś tutaj by odnaleźć siebie, a w ogóle nie chcesz współpracować.
-Nie wiem co lubię, jasne?! Nie wiem! Gdybym wiedział, to bym tutaj nie przychodził.
- Zatem nie mam ci nic do powiedzenia. Są takie rzeczy, których nikt nie zrobi za ciebie, które musisz zrobić sam, ale skoro nawet tego nie chcesz, to nie ma sensu. Nie warto. Nikt ci nie pomoże, jeśli nie spróbujesz pomóc sam sobie.

Potem nie było już starca, nie było Biura Rzeczy Znalezionych, nic nie było. Mnie też już nie było, nie było mnie jeszcze bardziej, niż wtedy, gdy wyszedłem z metra.