poniedziałek, 30 lipca 2012

Ludzie w pralce

Zawsze wtedy, kiedy nadmiar myśli i urojeń nie dawał jej spokoju, marzyła o wejściu do pralki. Zawsze wtedy, kiedy była bliska popadnięcia w histerię i zamknięcia się na cały świat. 

Słyszała kiedyś opowieść o ludziach mieszkających w pralce. Pomimo wirującego bębna, wiedli podobno spokojne, przesycone harmonią życie. Ona też chciała, bardzo chciała.

Miała dosyć myśli, które przecież wcale do niej nie należały, a jednak z jakichś powodów sprawiały jej ból i cierpienie. Pewnego dnia przeczytała artykuł o tym, że każdy człowiek realizuje swój skrypt, ostateczny i kompletny. Przerażała ją świadomość, że ta myśl może się okazać prawdziwa, ponieważ oznaczałoby to, że już na zawsze pozostanie niewolnicą swoich własnych urojeń.

Weszła do bębna.
Oni już tam byli.
Czekali na nią.

Ktoś z zewnątrz uruchomił pralkę. 

Powiedzieli jej, że mają pralki w sobie, że ona też ma. Że w każdej z tych pralek znajdują się kolejni ludzie, z kolejnymi pralkami w sobie i tak w nieskończoność.

A nieba nie było
chociaż księżyc świecił coraz jaśniej. 

środa, 25 lipca 2012

Irene et Pierre ; w kawiarni


Mieli taki zwyczaj, że codziennie przed południem siadali sobie przy stoliku i rozmawiali. Mówiła głównie Irene, Pierre słuchał jej albo nie, ale głównie myślał o tych wszystkich mężczyznach, którzy zazdrościli mu, że spotyka się z tak atrakcyjną kobietą. Nieważne było dla niego co mówiła, ale to, jak wyglądała. 

-Myślę, że Boga nie ma. Można w Niego wierzyć lub nie, ale myślę, że Go nie ma. Chciałabym żeby był, nawet czasami wydaje mi się, że czuję, że jest. Tyle, że nie wiem czy czuję, że On jest, czy po prostu, tak bardzo chcę żeby był, że Go sobie tworzę. Gdybym miała przez całe życie myśleć, że Go nie ma, nie wiem czy bym to zniosła. - zapaliła papierosa i spojrzała na niego znad czarnych okularów przeciwsłonecznych w stylu retro.

-Po co ci Bóg? Ja bez Niego żyję, nawet się nad tym nie zastanawiam, a co za tym idzie, Go nie potrzebuję.- odstawił filiżankę na spodek, irytowało ją to, że za każdym razem robił to tak niedelikatnie, że chwilę potem cała klientela paryskiej kawiarenki spoglądała na nich z niesmakiem.

-Myślę, że jesteś dupkiem, Pierre... - powiedziała wypuszczając demonstracyjnie dym.

-Po co poruszasz takie tematy przy kawie? Powinniśmy rozmawiać raczej o tym, co będziemy robić wieczorem.

-Codziennie wieczorem robimy to samo, nie ma o czym gadać. Właściwie, to też wpływa na moją opinię, na to, że myślę, że jesteś dupkiem...

-A jednak wciąż ze mną jesteś.- uśmiechnął się w zawadiacki sposób, wywołując u niej zgorszenie.

-Z litości Pierre, z litości. Nie poradziłbyś sobie beze mnie i wiesz o tym. Poza tym, kiedy otwierasz usta słyszę tylko Blablablablablabla, tanią gadaninę, którą możesz wciskać panienkom z ulicy, nie mnie. Nie rajcują mnie te twoje głupie teksty i żarciki z podtekstami. Lepiej wypadasz w moich oczach kiedy nie odzywasz się wcale. Chociaż nie zawsze, czasami taka z ciebie ofiara, że nie mogę się w myślach powstrzymać żeby cię nie krytykować. Nie masz nic ciekawego do powiedzenia, poza opowiadaniem mi co wczoraj jadłeś, że się napiłeś, i że dzwonił kolega i powiedział ci, że otworzono w mieście nowy klub. Nic cię nie obchodzi, Pierre, nic. Nawet sam siebie nie obchodzisz, jak tu cię szanować, nie da się. Każdemu człowiekowi należy się szacunek, każdemu. Rzecz w tym, że ty nie jesteś człowiekiem, jesteś zwierzęciem, a może nawet przedmiotem. Szczury mają ciekawsze życie od ciebie.

-Irene, co ja mogę ci powiedzieć o Bogu, zastanów się. Nic ci nie mogę powiedzieć, po co o tym rozmawiać, po co się zastanawiać. Po co zawracasz mi głowę głupotami, po co mamy się kłócić o Boga, w którego sama nie wiesz czy wierzysz? I przestań się na mnie wyżywać dlatego, że nie dostałaś pracy w gazecie, widocznie niepotrzebne im takie myślicielki jak ty. Uspokój się, wrócimy do domu i będzie jak zawsze. W ogóle to myślę, że to przez tą twoją dietę, chodzisz taka wychudzona i głodna nic dziwnego, że jesteś taka nerwowa...

-Jak ty nic nie rozumiesz. 

poniedziałek, 23 lipca 2012

Pociąg


-Jestem wkurzona.
-Dlaczego?
-Spiekłam się na twarzy. Spiekłam się na plecach. Wszystko mnie boli. Śmieciarz z wielkim cuchnącym workiem przeszedł obok mnie. Muszę po sześć razy powtarzać mojej babci, że nie chce mi się jeść, że bigosu też nie chcę, że to przecież też jedzenie. Wkurza mnie telewizja. Wkurza mnie to, że jestem wkurzona i w związku z tym mam ochotę uderzyć się w głowę czymś ciężkim, albo niby to przypadkiem wpaść pod samochód, a potem być wkurzona jeszcze bardziej na kierowcę, za to, że jest takim burakiem, który nie widzi, że idę. Wkurzają mnie producenci soczków w kartoniku, którzy wypisują na kartonach numery telefonu do sokowej infolinii, jakby rzeczywiście ktokolwiek miał tam dzwonić. Wkurza mnie to, że nie chce mi się jeść, a burczy mi w brzuchu. Wkurza mnie to, że nie wiem na czym się skupić żeby się tak nie wkurzać. Wkurzają mnie clowny, nigdy nie lubiłam clownów bo są nudni jak flaki z olejem. Nie ma nic śmiesznego w czerwonym nosie z gąbki i dużych butach. Wkurza mnie dźwięk mojego budzika. Wkurza mnie to, że mogę myć te cholerne okna w kółko, a one i tak są brudne. Wkurza mnie dźwięk dzwonka do drzwi, i to jak ktoś napieprza w ten dzwonek jak intruz. Wkurza mnie, że kiedy założę żółtą sukienkę wszystkie robale do niej lgną. Wkurza mnie kiedy ktoś mnie oszukuje i wiem, że to robi. Wkurza mnie to, że nie potrafię malować, że tego w sobie nie rozwinęłam. Wkurza mnie to, bo kiedy się wkurzam mam ochotę wyżyć się na płótnie, a nie mogę tego zrobić. Poza tym wkurza mnie to, że nawet gdybym mogła to i tak nie stać mnie na płótno. Wkurza mnie to, że tyle myślę, że sama się nakręcam, że wszystko w mojej głowie jest przemyślane po tysiąc razy, aż wychodzą z tego niestworzone rzeczy, które wkurzają mnie jeszcze bardziej. Wkurza mnie to, że nie miałam okazji obejrzeć filmu „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy”, a bardzo chcę ten film obejrzeć. Chcesz wiedzieć co mnie wkurza? Przez całe życie coś mnie bez przerwy wkurza, a ten stan wkurza mnie tak bardzo, że nie chcę mi się mówić o tym wszystkim, bo celebrowanie tego, co mnie wkurza, wkurza mnie jeszcze bardziej. Ale dobrze, wkurza mnie to, że nie mogę oglądać filmów Hitchcocka bo za każdym razem jestem w stanie przewidzieć zakończenie. Wkurza mnie to, że nie jestem chuda jak Uma Thurman. Wkurza mnie to, że jestem czasami. A jeszcze częściej wkurza mnie to, że są wszyscy inni. Wkurza mnie to, że kiedy mówię komuś, że siedzę w domu sama, zaraz słyszę komentarz „Nudzisz się pewnie”. Nie, tak się składa, że nigdy w życiu się ze sobą nie nudziłam, więc wkurzają mnie takie komentarze, wkurzają , rozumiesz? Spaliny mnie wkurzają, wkurza mnie smród. Ale wkurza mnie też to, kiedy ludzie przypinają się do drzew manifestując coś głupio, zamiast zachowywać się jak ludzie. Wkurza mnie to jak ktoś manifestuje coś po to, żeby zwrócić na siebie uwagę, a nie w jakiejś słusznej sprawie. Wkurza mnie nieuczciwość, nieważne czy dotyczy mnie, czy kogoś innego, wkurza mnie. Wkurza mnie kiedy ktoś ma nierówno rozłożony kaptur od bluzy. Wkurzają mnie nierówne frędzle od bluzy. Pijaństwo mnie wkurza. Komercja mnie wkurza. Model życia kształtowany przez media mnie wkurza. Wkurzają mnie słabości, moje własne też. Wkurza mnie bitwa na śnieżki zimą i nacieranie się wzajemnie śniegiem, który jest beznadziejny i nigdy nie wiesz, co w takiej śnieżce znajdziesz. Wkurzają mnie ludzie, którzy najpierw pożyczają od ciebie jakieś rzeczy, a potem ty musisz ich błagać żeby ci je oddali. Wkurzają mnie podwędzacze długopisów, lubię swoje długopisy i jestem zła jak ktoś mi je zabiera. Wkurza mnie pościel położona guzikami na wierzchu, tak, że kiedy zasypiasz masz je pod nosem. Wkurzają mnie toalety publiczne. Wkurza mnie jedzenie ryby, która ma ości, nie lubię bebrać się z jedzeniem, bo to nudne. Wkurza mnie to, kiedy mówisz komuś żeby się odczepił, a on nie rozumie. Wkurzają mnie ludzie, którzy nie mają szacunku do siebie i płaszczą się przed innymi tylko po to, żeby ktoś ich polubił, zamiast być sobą po prostu. Wkurzają mnie szybkie samochody i wszystko, co można przypisać krainie lansu. Wkurzają mnie zagięte rogi w książkach. Wkurzają mnie durnowate napisy na papierkach od krówek i kapslach od soków. Czasami wkurza mnie to, że muszę wstać z łóżka, a wolałabym jeszcze poleżeć i ponakrywać się poduszką, poudawać, że jeszcze jest noc. Wkurza mnie kiedy ktoś ma obok przejście dla pieszych i z niego nie korzysta. Wkurzam się jak nadepnę na ślimaka. Wkurzają mnie ślimaki bez skorupy. Wkurza mnie sok z miąższem. Wkurzają mnie ludzie, którzy przepychają się w autobusie, chociaż nawet nie widać jeszcze kolejnego przystanku. Wkurza mnie syntezator mowy w autobusach, chociaż nie zaprzeczam, to przydatny wynalazek, ale i tak mnie wkurza. Wkurzają mnie srebrne spinacze, wolę kolorowe. Wkurza mnie...
-Poczekaj, nie nadążam. Może powiesz mi następnym razem?
-Pociąg odjechał.
-Co mi chcesz przez to powiedzieć?
-Że nasz pociąg właśnie odjechał, a następny jest dopiero za pięćdziesiąt minut.
-To twoja wina.
-Twoja, bo zapytałeś. A więc kończąc, jestem wkurzona bo...  

Słów kilka o byciu wariatem

Bycie wariatem jest jak bycie dobrym iluzjonistą, jak gra w teatrze. Wszystkim wydaje się, że dobrze cię znają aż do momentu, w którym łaskawie masz ochotę im pokazać, że jest inaczej. Bycie wariatem to przechodzenie sprzecznych ze sobą stanów w tym samym czasie, gubienie się w analizie swoich własnych myśli, przy równoczesnym pożądaniu ciężkich tematów. 

Wariactwo, żeby było prawdziwe musi być wrodzone. Wariatem nie można się stać, albo się nim jest od urodzenia, albo nie jest się nim wcale. Wariactwo to nieustanne posiadanie myśli samobójczych, przy równoczesnej silnej woli życia. Można je zaakceptować albo z nim walczyć. Można tańczyć z odkurzaczem do Little Lies -Fleetwood Mac wyginając się tak idiotycznie, jak tylko się da, a chwilę potem płakać na podłodze nad bezsensem życia, kulić się jak zranione zwierzę, odczuwając przy tym niechęć do wszystkiego dookoła. 

Lepiej być szczęśliwym mądrze, niż głupio szczęśliwym. 
Lepiej być wariatem z otwartymi oczami, niż głupkiem z zamkniętymi. 
Lepiej wiedzieć jak jest naprawdę, niż słuchać kłamstw. 

piątek, 20 lipca 2012

Bez czucia


Nienawidził zapachu kropli do nosa, dźwięku zamykanych drzwi i bezmyślnego siedzenia w pustym pokoju. Gdyby chociaż mógł wyjść, ale nie, nic z tego, od nieudanej próby samobójczej znajdował się pod ścisłą kontrolą swojej psychopatycznej matki, która zamiast oddać go pod opiekę specjaliście, testowała na nim swoje urojone, psychoterapeutyczne zdolności.

Gdyby mógł spróbowałby się zabić jeszcze raz, i jeszcze, aż któregoś razu w końcu by mu się udało. Nie bał się śmierci, bo w zasadzie nic go tutaj nie trzymało. Był w stanie zrezygnować z koktajlu czekoladowego i pączków z dżemem, w końcu to przecież tylko zwykłe jedzenie.

Po przeczytaniu paru specjalistycznych książek zdiagnozował u siebie kilka zaburzeń, które nie pozwalały mu funkcjonować normalnie w społeczeństwie. Z drugiej strony było ich wciąż za mało by mógł nazywać siebie socjopatą, ale wystarczająco dużo by chcieć pożegnać się z życiem.

Wkurzał się na matkę za jej przesadną ostrożność, obkleiła gąbką nawet klamkę do drzwi od jego pokoju, tak, jakby rzeczywiście mógł sobie coś zrobić okrągłą klamką. Na kraty nie było ich stać, więc matka uwaliła klejem całe okna tak, żeby nie mogły się otwierać, skutkiem czego w pokoju roznosił się smród stęchlizny i starego jedzenia. Nie trzeba było snuć planów samobójczych, od samego zapachu można było umrzeć na miejscu.

Czasami kiedy zasypiał, zmęczony panującym wokół bajzlem, śniło mu się jak wyglądałoby jego życie gdyby był takim sobie normalnym chłopcem, który ani nie chciał się zabić, ani nie miał żadnych zaburzeń psychicznych. Po tych snach zwykle budził się przerażony i spocony. Świat zewnętrzny był przecież straszny.

Lepiej zostać tutaj, w cuchnącym stęchlizną pokoju.
Wyjście na zewnątrz mogłoby zaboleć.
A on nie chciał żeby bolało, nie chciał czuć.  

wtorek, 17 lipca 2012

Ten Prot

Ludzie mówili o Procie różne rzeczy. Najczęściej mawiali, że głupi ten Prot, tak głupi, że nie potrafi sklecić jednego zdania. Po mieście chodziły słuchy, że to psychol. Szeptano, że powinien przebywać na zamkniętym oddziale w specjalistycznym szpitalu. 

Jednak myśli Prota nie zamierały tak, jak słowa w jego ustach. Płynęły nieustannie, jedna przekształcała się w drugą, a żadna nie zatrzymywała się na dłużej. Prot nie był niemową, ale zrezygnował z mówienia uznając tę czynność za redundantną (takich to słów uwielbiał używać w myślach).  

Pewnego dnia usiadł Prot na najwyższej górze, w miejscu, którego żaden z ludzi, poza nim, nie miał prawa znać. 

Spojrzał przed siebie i zobaczył prawdę w jej najprostszym i najwłaściwszym kształcie. Było to najintensywniejsze przeżycie w jego życiu, o którym nikt nigdy nie mógł się dowiedzieć. Choć zrozumiał to, co zostało mu przekazane, nie potrafił przekazać prawdy innym, ponieważ ona przewyższała go nieskończenie. 

Taki głupi był ten Prot, mówili. 

piątek, 13 lipca 2012

Ballada o bezstresowym wychowaniu


Gdyby ktoś zapukał do drzwi naszych pradziadów i usiłowałby przekonać ich do bezstresowego wychowywania dzieci, popukaliby się w głowę i zamknęli drzwi. Dzisiaj pradziadom tym zarzucono by zaściankowość, podczas gdy kiedyś ich wieloletnie doświadczenia życiowe i ciężka praca, budziły szacunek.

Oczywiście za chwilę czytelnicy zarzucą mi, że hołduję przemocy w rodzinie i naparzaniu się nawzajem rurami od odkurzacza. Jednakże to nie ich wina, ponieważ popadanie w skrajności jest domeną naszych czasów. Ludzie przestali dostrzegać, że może istnieć coś „po środku”. Dzieje się tak, ponieważ tresuje się ich aby opowiadali się po jednej lub drugiej stronie („Jesteś z nami, lub przeciw nam” - ale zabraniamy ci myśleć samodzielnie, masz zgodzić się na to, co proponujemy, lub nie. Wybieraj.). Dzisiaj nieważne jakie wyznajesz wartości, ważne do jakiego worka zostaniesz wrzucony, możesz być uwielbiany albo znienawidzony. Czasami lepiej jest pozostać w tej drugiej grupie.

Rzecz miała być o bezstresowym wychowaniu, dlatego wróćmy do tematu. Nie zamierzam opierać się tutaj na zdaniach zaczynających się : „Amerykańscy naukowcy, odkryli, że bezstresowe wychowanie...”, a na doświadczeniu i obserwacjach. Rozmowy z różnymi ludźmi (z różnych grup społecznych) prowadzą nieraz do zaskakujących wniosków- które znowu nie byłyby czymś dziwnym, czy nowym, dla naszych pradziadów.

Bezstresowe wychowanie rozumie się często jako absolutny brak zasad i dyscypliny, chociaż przecież zdaje się, że nie taka jest jego istota. Dzieci rodziców , wyznających tą przerysowaną zasadę, często są nieszczęśliwe i zagubione w dorosłym życiu, nie wiedzą co mają ze sobą zrobić, jak powinny się zachowywać, a nawet w skrajnych przypadkach takie zwykłe czynności jak używanie sztućców sprawiają im trudność.

Do dzisiaj pamiętam rozmowy z pewną osobą, która choć przekroczyła już dawno osiemnasty rok życia, wciąż nie potrafi się przystosować do środowiska, określić swojego miejsca w świecie i tego, co chciałaby robić. Dorastała w domu pozbawionym zasad, w którym rodzice zasłaniali się hasłem „bezstresowego wychowania”. Kiedyś gdy rozmawiałyśmy na ten temat, w pewnym momencie rozpłakała się i powiedziała, że nie czuje się nikomu potrzebna, nie czuje się w żaden sposób użyteczna. Uważam, że stało się tak przez brak zasad, a co za tym idzie zainteresowania ze strony rodziców. Rodzice, którzy nie wytyczają żadnych zasad swoim dzieciom, zwyczajnie się tymi dziećmi nie interesują i powiedzmy to sobie wprost.

Drugi przypadek, o którym wiem jest jeszcze bardziej przerażający. Tutaj rodzice również zasłaniali się bezstresowym wychowaniem, które rozumieli w ten sposób, że to, co dziecko chciało, to dziecko miało. Kupowali małemu chłopcu gry komputerowe przeznaczone dla osób powyżej 18-stego roku życia, oczywiście nie muszę mówić, że wychowali w ten sposób małego brutala. Chłopiec rósł i zwiększały się jego potrzeby, więc rodzice wychowując go zupełnie bezstresowo, na dziesiąte urodziny kupili mu bardzo drogi prototyp broni, taką wesołą zabawkę, do której można było ładować metalowe kulki. Chłopiec dostawał coraz więcej i więcej prototypów. Oczywiście nikt chłopca nie nauczył ciężkiej pracy, ani nie wpoił podstawowych obowiązków. Skoro nie mógł dostać tego, co chciał, to zaczął okradać nawet swoją własną rodzinę, nie był taki sprytny jak mu się wydawało więc wylądował przed sądem. A rodzice tego chłopca usiedli sobie w fotelu, zadając sobie pytanie „dlaczego, no przecież wychowaliśmy go bezstresowo?”. Oczywiście chłopiec nie został w żaden sposób wychowany, ponieważ gdziekolwiek by się nie znalazł zachowywał się jak człowiek zupełnie dziki, pozbawiony hamulców moralnych.

To przerażające jak wiele złego można wyrządzić swoim dzieciom zasłaniając się pięknymi hasłami bezstresowego wychowania. W każdym działaniu potrzebny jest rozum, a w wychowywaniu dzieci przede wszystkim. 

wtorek, 3 lipca 2012

Zupełnie nie jak pisarz


Przechadzałem się po pokoju, to w jedną, to w drugą stronę, czując zbliżający się pomysł na opowiadanie, a może nawet coś większego. Czułem rosnące podekscytowanie, a równocześnie frustrację. Wiedziałem, że mam pomysł, że może mi się zaraz objawić, ale nie musi. To moment, w którym nic nie zależy ode mnie, chociaż bardzo bym chciał żeby zależało.

Pisarze to przypadek beznadziejny, albo się ich uwielbia, albo nienawidzi. Zresztą oni sami albo mają bałwochwalczą obsesję na swoim punkcie, albo robią z siebie męczenników. W jednej chwili potrafią cieszyć się z czegoś jak dzieci, w drugiej trzeba ich powstrzymywać od wyskoczenia z okna. W jednym momencie odczuwają przypływ natchnienia, w drugim odczuwają paranoiczny lęk przed wypaleniem. Tygodniami leżą w łóżku i powtarzają „skończyło się, nigdy już nic nie napiszę”, tak, jakby rzeczywiście miało to jakiekolwiek znaczenie dla kogoś innego, poza nimi samymi. Potrafią godzinami siedzieć i użalać się nad sobą, wczuwając się w rolę postaci z dramatu, jaką sami dla siebie napisali. Odgrywają swój prywatny teatrzyk, a robią to właściwie nie wiadomo dla kogo. Są dziwakami.

Ale czy ja jestem pisarzem? Nie, ja tylko chodzę po pokoju, w oczekiwaniu na pomysł. Nie tworzę sam, tylko przekazuję to, co przyjdzie mi do głowy. Żaden ze mnie twórca. A już na pewno żaden ze mnie pisarz, przecież jestem zrównoważony jak mało kto. 

-Wołam cię na obiad już trzeci raz. Wystygnie ci. - lepiej nie zadzierać z moją żoną, która nagle stanęła w drzwiach i obdarzyła mnie zniecierpliwionym spojrzeniem.

-Lubię jeść zimne. Dobrze wiesz, że mam fagofobię ograniczoną do gorących posiłków.