wtorek, 3 lipca 2012

Zupełnie nie jak pisarz


Przechadzałem się po pokoju, to w jedną, to w drugą stronę, czując zbliżający się pomysł na opowiadanie, a może nawet coś większego. Czułem rosnące podekscytowanie, a równocześnie frustrację. Wiedziałem, że mam pomysł, że może mi się zaraz objawić, ale nie musi. To moment, w którym nic nie zależy ode mnie, chociaż bardzo bym chciał żeby zależało.

Pisarze to przypadek beznadziejny, albo się ich uwielbia, albo nienawidzi. Zresztą oni sami albo mają bałwochwalczą obsesję na swoim punkcie, albo robią z siebie męczenników. W jednej chwili potrafią cieszyć się z czegoś jak dzieci, w drugiej trzeba ich powstrzymywać od wyskoczenia z okna. W jednym momencie odczuwają przypływ natchnienia, w drugim odczuwają paranoiczny lęk przed wypaleniem. Tygodniami leżą w łóżku i powtarzają „skończyło się, nigdy już nic nie napiszę”, tak, jakby rzeczywiście miało to jakiekolwiek znaczenie dla kogoś innego, poza nimi samymi. Potrafią godzinami siedzieć i użalać się nad sobą, wczuwając się w rolę postaci z dramatu, jaką sami dla siebie napisali. Odgrywają swój prywatny teatrzyk, a robią to właściwie nie wiadomo dla kogo. Są dziwakami.

Ale czy ja jestem pisarzem? Nie, ja tylko chodzę po pokoju, w oczekiwaniu na pomysł. Nie tworzę sam, tylko przekazuję to, co przyjdzie mi do głowy. Żaden ze mnie twórca. A już na pewno żaden ze mnie pisarz, przecież jestem zrównoważony jak mało kto. 

-Wołam cię na obiad już trzeci raz. Wystygnie ci. - lepiej nie zadzierać z moją żoną, która nagle stanęła w drzwiach i obdarzyła mnie zniecierpliwionym spojrzeniem.

-Lubię jeść zimne. Dobrze wiesz, że mam fagofobię ograniczoną do gorących posiłków.