sobota, 22 września 2012

Projekt 59, część I


Kiedy przyszedł do niej po raz pierwszy wystraszyła się tak bardzo, że usiłowała go zabić. Z czasem jednak myśl o zbliżającej się wizycie wywoływała w niej nie dające się opanować poczucie ekscytacji. Przychodził codziennie od czasu gdy skończyła dwanaście lat. Od tamtej pory dźwięk otwieranego okna, zimny podmuch wiatru i szelest czarnej peleryny przyprawiał Alice o przyjemny dreszcz, w którym mimo wszystko kryło się coś niezdrowego.

Tej nocy było podobnie. Siedziała na krawędzi łóżka w za dużym szarym T-shircie, czarnych, nieco przetartych legginsach i wpatrywała się w bransoletkę niewiadomego pochodzenia, której nigdy nie zdejmowała.

Ten sam scenariusz, co zwykle. Odgłos otwieranego okna, zimny podmuch wiatru, szelest czarnej peleryny...

I już siedział naprzeciwko niej opierając się o ścianę. Tym razem nawet na niego nie spojrzała.

-O co chodzi? - zapytał przerywając milczenie.

-Powiedzieli, że jestem chora. Powiedzieli mi, że ciebie nie ma. Ludzie z laboratorium. Oni... dużo wiedzą. Powiedzieli mi, że jak przestanę cię widzieć, to mnie wypuszczą. Od ośmiu lat nie byłam na zewnątrz, od ośmiu lat nie widziałam żadnego człowieka poza tobą. Oni.. ci z laboratorium porozumiewają się ze mną przez głośnik. Powiedzieli, że jeśli będę udawała, że cię nie widzę to w końcu znikniesz. -odpowiedziała nie podnosząc wzroku znad bransoletki.

-Oni nie mówią ci prawdy.

Spojrzała na niego z wyrzutem:
-To ty mi powiedz, skoro masz czelność przychodzić tutaj co wieczór i opowiadać mi te wszystkie historie.- chwilami przez jej dziewczęcą naiwność przebijała się pewność siebie i determinacja.

-Nie możesz wyjść. Mógłbym cię stąd wynieść, mogę to zrobić za każdym razem gdy się tutaj pojawiam, ale jestem związany przysięgą. Poza tym wiem, że dopóki jesteś tutaj jesteś bezpieczna. Dopiero kiedy wyjdziesz ściągniesz na siebie niebezpieczeństwo.

-Dlaczego mam ci wierzyć?
-Bo jestem jedynym człowiekiem, który nie porozumiewa się z tobą przez głośnik. Mogłabyś chociaż spróbować docenić fakt, że przychodzę do ciebie co wieczór, że nie zostawiam cię samej, podczas gdy mógłbym się zajmować czytaniem literatury naukowej, co swoją drogą o wiele bardziej mi odpowiada niż spędzanie czasu z upartą dziewuchą, która nie potrafi uszanować tego, co dla niej robię. - wstał, odwrócił się przodem do kredensu, na którym leżał talerz z kanapkami.

-Masz na myśli to, że przychodzisz tutaj żeby się pożywić moją kolacją?

-Między innymi. Widzę, że lata w zamknięciu wyostrzyły twoje poczucie humoru, cieszę się. Ale skończ swoje fochy i opowiedz mi, co mówili ci przez głośnik dzisiaj rano? Dokładnie. - wziął jedną z kanapek i usiadł ponownie pod ścianą.

-Zaczęli od przykrej informacji, że zginął mój brat. Nie wiedziałam jak powinnam się zachować, nie pamiętam żebym miała brata, to znaczy... Nie pamiętam jak wyglądało moje życie zanim tutaj trafiłam. Czasami wydaje mi się, że oni mi coś podają. Wiesz... coś, przez co tracę pamięć. Myślę, że jeszcze na początku, w pierwszych dniach mojego pobytu tutaj, coś jeszcze pamiętałam, a teraz już nic tam nie ma, tylko ten pokój i laboratorium. Powiedzieli, że jesteś nieprawdziwy, oni wiedzą, że chcę stąd wyjść, i powiedzieli, że tak też się stanie, kiedy skończę kurację i już nie będę cię widziała. Wszystko. -westchnęła.
-Oni nie chcą twojego dobra, nie chodzi im o ciebie, tylko o projekt. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć, ale jeżeli chcesz żyć musisz mi zaufać. Wyjdziesz stąd, ale na pewno nie dzięki ludziom z laboratorium.- tym razem był zupełnie poważny.

-Ale oni obserwują mój pokój... Jeżeli ja ciebie widzę, a oni nie widzą cię na nagraniach z kamer, to znaczy, że naprawdę jestem chora. -dziewczyna szła w zaparte.

-Droga Alice, a widziałaś nagrania z kamer? Nie tobie osądzać kto kłamie...

~~*~~

Otworzyła oczy, tyle czasu minęło od felernego wybuchu, a ona wciąż słyszała krzyki, widziała przerażone twarze. Starła pot z czoła, który zawsze pojawiał się na wspomnienie tamtych wydarzeń. Jednak nawet tamte zdarzenia, nie wywołały w niej takiego szoku, jak to, co miało miejsce przed paroma dniami.

Dostała anonimowe wezwanie ze szpitala. Nie wiedząc, o co może chodzić natychmiast tam pojechała, dotarła pod odpowiednią salę. Podeszła do szpitalnego łóżka i zobaczyła siebie, z czasów gdy miała 12 lat. Na karcie pacjenta widniało imię i nazwisko:

Alice Clearwater

sobota, 8 września 2012

Bob


Tup. Tup. Tup. Cichy tupot stóp.
Puk. Puk. Puk. Przechodzą przez próg.
Pach. Pach. Pach. Ogarnął go strach.
Szybki nożem ruch.
Opuścił go duch.
Na dywan opada zimny trup.
Oni w ogrodzie już kopią mu grób.
Wrzucają trupa do dołu otchłani.
A on już stoi na Styksu przystani.
Najpierw cichy szum.
Później wielkie bum.
Na ziemi leżą kawałki domu.
Bob już o niczym nie powie nikomu.