środa, 2 października 2013

SERIA: DZIEDZIC PASCHILKE, 4. Kary biblioteczne Dziedzica Paschilke

Wielka Biblioteka imienia Wieszcza Finezjusza Monicjusza Trybenalda Zacnego co roku sporządza spis przewinień swoich czytelników. Celem owego spisu jest zaspokojenie ciekawości właściciela biblioteki, potomka Wieszcza Finezjusza Monicjusza Trybenalda  Zacnego, Alberteusa Trycjusza Fryndzi, który w szczodrości swej udostępnia wszystkie zbiory książkowe, jakie do tej pory zostały mu przekazane, przez uprzejmych darczyńców. Czytelników znajdujących się na liście, prosimy o oddanie książek, najpóźniej jeden dzień przed wyznaczonym terminem, który już przekroczyli.


LISTA CZYTELNIKÓW PRZETRZYMUJĄCYCH KSIĄŻKI BĘDĄCE WŁASNOŚCIĄ BIBLIOTEKI IMIENIA WIESZCZA FINEZJUSZA MONICJUSZA TRYBENALDA  ZACNEGO (Kolejność nazwisk, według czytelników najdłużej przetrzymujących książki):
  1. Dziedzic Paschilke
  2. Wojciech
  3. Albertus Tycjusz Fryndzia
  4. Anna Maria Zofiowiczowna
  5. Armando Riccoppo
  6. Romualda Tomasza Stara
  7. Wergiliusz Tischke

LISTA KSIĄŻEK BĘDĄCYCH TYMCZASOWO W POSIADANIU DZIEDZICA PASCHILKE (kolejność według daty wypożyczenia):

  1. Dzienniki Finezjusza: odnajdź szczęście w ziołowym naparze z Mimbledungow. - F.M.T.Zacny
  2. Jak leczyć męskie dolegliwości? Praktyczny poradnik dla zmęczonych. -M.W. Rutkowska
  3. Rozmówki pryncypalskie. Naucz się rozmawiać z pryncypałem. -H.G. Fahrmutsche
  4. Status ontyczny wiedźmy. Głos agnostyka. - T. U. Pilotiriewicz
  5. Dialogi Planktona, pielęgnacją roślin morskich - Plankton
  6. Pisma z dziejów antropologii baśniowych stworzeń - F.G. Magdelburski
  7. Osiągnięcia z zakresu ziołolecznictwa na przestrzeni wieków - G.M. Mizendi
  8. Klasycy Filozofii: Człowiek jako jednostka dążąca do otępienia - Gryzjusz z Doliny Eustachego
  9. Krytyka wszelkich objawów manipulacji w kontekście nadużyć Ksiecia Horacego Tosjusza Włosinskiego - W. Leczynczynienko
  10. Spór o wyższość posiłku porannego nad posiłkiem popołudniowym - M.D. Ertranowiczewik-Fryndzia
  11. Książeczka o koniach -T.W. Ulenczykowianeczka
  12. Książka kucharska Księżnej Zofii Wandy Wielkocycej - opracowal i opatrzyl przedmowa F.M.T. Zacny
  13. Klasycy filozofii: w jaki sposób istnieje kubek porcelanowy. - Józef Marian Badeński
  14. Wielkie powieści: Marzenia starego kelnera- W.K. Amond
  15. Wielkie powieści: Stary człowiek w worze - K. L. Ytutatuukamucha
  16. Stary Portier i wielka moneta bez  nominału - T.K. Quantomajeczkomiczkoperczkowski
  17. Najciekawsze skarby znalezione tam gdzie nocują dziki - J.S.T. Wilhelmczyk
  18. Życie seksualne owadów -D.B. Heisenberg
  19. Klasyka Filozofii: O naturze - Prosprkleprkliklos z  Antikrliakos
  20. Krytyczna krytyka krytycyzmu krytycznego -W. K.Janusz
  21. Krytyka brudnego rozumu - Karol Schlieissenbergundeldungel
  22. Pelargonie - W.R. Miszczynienkopikarenkofrutz
  23. But. Dzienniki niepokorne - W.Y. Wiwiszka

LISTY  TYTUŁÓW POZOSTAŁYCH CZYTELNIKÓW ZOSTANĄ UJAWNIONE TYLKO WTEDY, GDY KTÓRYŚ Z NICH PRZEWYŻSZY DZIEDZICA PASCHILKE W ILOŚCI PRZETRZYMYWANYCH KSIĄŻEK.

poniedziałek, 30 września 2013

SERIA: DZIEDZIC PASCHILKE, 3.Jeszcze o Dziedzicu Paschilke

...Wielokrotnie pytano mnie, dlaczego Dziedzic Paschilke podejmował pracę u Wertburgingena. Rzeczywiście mogło to wśród ludzi budzić podejrzenia. Przecież jako Dziedzic, z założenia nie musiał pracować, ale... znałem go jako człowieka, który lubił przebywać wśród ludzi. Z tego co wiem, zatrudnił się u Wertburgingena, ponieważ zbierał informacje do swojej pracy naukowej. Ale nie wtajemniczał mnie w szczegóły...
Yamoto Mitotoko (34) , kolega z pracy 

Dziedzic Paschilke kupował w naszym porcie świeże owoce, kiedyś nawet zagadnąłem go w tej sprawie.
-Dziedzicu, a pocóż panu tyle owoców, o ile wiem, nie prowadzicie żadnego sklepu? - zapytałem, gdy po raz kolejny dokonywaliśmy transakcji.
Paschilke zamyślił się na moment, po czym odpowiedział:
-Panie Wacławie, zajęcie, które mnie najbardziej odpręża to robienie dżemów i nalewek. Niepotrzebny mi do tego sklep, wystarczy kilkaset słoików i duża piwnica. -pomyślałem, że żartuje, ale kiedy dodał: -Mój przyjaciel Wojciech co roku przesyła mi w darze wiśniówkę, którą robią wraz z żoną. To on nauczył mnie tego kunsztu.-wiedziałem , że mówi poważnie.
Wacław Tischke (56) lat, sprzedawca owoców w porcie

Pamiętam jego posępną minę, którą ujrzałem, gdy pewnego dnia spotkaliśmy się obok Ratusza. Zapytany o przyczynę zafrasowania, najpierw milczał przez dłuższą chwilę, wreszcie, wskazał na Ratusz i powiedział zirytowany:
– Źle się dzieje w tej naszej radzie. Kłócą się o detale, a pryncypiów boją się dotknąć.
W kilku słowach opowiedział o zakończonym właśnie zebraniu Rady Ziemskiej, mającej zdecydować o wyborze terenów przeznaczonych pod budowę kolei. Rozstrzygnięcie nie nastąpiło, bo – jak powiedział Paschilke – sprawa kilku brzózek na skraju lasu (rosnących tam, gdzie w przyszłości miałby przejeżdżać pociąg) okazała się ważniejsza od inwestycji ważnej dla kolejnych pokoleń.
– No, ale cóż – dodał na odchodnym, lekko się uśmiechając. – Czego nie zmienią decyzje rajców, z biegiem czasu zmieni się samo.
Wracając do domu myślałem o tych słowach Dziedzica. W pamięci miałem bowiem niejedno nasze spotkanie, po którym rozmaite sprawy przybierały obrót przezeń zapowiedziany…
Wojciech (36 lat) , przyjaciel Dziedzica Paschilke

Wiedziałam o jego istnieniu, lecz nigdy nie było mi dane poznać go osobiście. Od zawsze był dla mnie osobą bardzo tajemniczą i przez to ekscytującą. Czułam intuicyjnie, że był (nadal jest) dla mojego męża kimś bardzo bliskim. Myślę, że równie bliskim stał się dla naszej córeczki. I za to jestem mu wdzięczna.
Małżonka Wojciecha (36 lat)

Cóż, ja i on nie lubiliśmy się oficjalnie. Ileż to razy krytykowaliśmy się publicznie, za nasze poglądy...Ale prywatnie... Prywatnie grywaliśmy w Makao, popijając napar z Mimbledungów. Każdy medal ma dwie strony.
Agrypinczyk Michoszko (44 lata), radny 

niedziela, 29 września 2013

SERIA: DZIEDZIC PASCHILKE, 2.Inne wspomnienia o Dziedzicu Paschilke

Dziedzic Paschilke? Pamiętam go, pamiętam. Wyprowadził się stąd do Doliny Eustachiusza. Ciekawy jegomość, jedyny w swoim rodzaju. Dużo ze mną rozmawiał o moim ogrodzie, był zachwycony pelargoniami. Dziwił się, że są niebiesko-żółte, podobno to niespotykane, ale ja nie wiem... Za stara jestem żeby się zastanawiać. Na moim podwórku to wiele rzeczy dzieje się... Kiedyś na przykład...
Maldeburga Wielkopyska (78 lat), sąsiadka Dziedzica Paschilke

Paschilke.. Paschilke.. Ach, to ten! To chory człowiek był. Pewnie dlatego go nie zapamiętałem. Przychodził do mojego sklepu po napar z Mimbledungów. Już samo to wystarczy, żeby wziać go za popaprańca. Przecież wiadomo, że napar z Mimbledungów jest cholernie silny. Poważni ludzie nie piją takich rzeczy. Chory człowiek, chory człowiek...
    Alastor Trumiszenko(53 lata), sprzedawca

Och, Dziedzic Pashilke... Żałuję głęboko, że już nie mieszka na Wzgórzach Świętej Brunony Ryszardy Szorstkiej. Taki zamknięty i skromny, czasami pogawędził ze mną chwilę. Prawdę mówiąc, zawsze miałam nadzieję, że zaprosi mnie do siebie na podwieczorek. Ale... to nigdy się nie stało. Miałam nadzieje, że nasza korespondencja rozkwitnie, ale skończyło się na pozdrowieniu. Spotykałam go jak przyjeżdżałam do mamy.
Samotny, inteligentny mężczyzna, tajemniczy... To potrafi urzekać. Mnie urzekło. Nie tylko mnie, nawet zamężna Hildegarda Fryndzel fantazjowała o nim...
 Rosalia (34 lata), córka Maldeburgi Wielkopyskiej

Bo to był taki pan, co tak dziwnie chodził i on miał takie włosy... o takie. I mama mówiła,że to dziwak co skończy jako kloszard, bo nie ma kobiety.. tak mama mówiła.
    Dobrawka Brzęczyszczykiewiczowska (5 lat), dziewczynka z sąsiedztwa

Dziedzic Paschilke pracował u mnie przez lat pięć... Urlop miał przez lat trzy... Dużo też chorował. Tak naprawdę przepracował u mnie tydzień. Nie miałem żalu, przecież każdy z nas czasem choruje i każdy potrzebuje odpocząć. Co robiliśmy? Ach tak... Robiliśmy... Wiele zrobiliśmy przez ten tydzień. Malowaliśmy razem krasnale ogrodowe, na doroczny festyn Krasnala Ogrodowego na Wsgórzach Świętej Brunony Ryszardy Szorstkiej. Miałem jeszcze jednego pomocnika, nazywał się Gryzjusz Ambrozjusz Dacjusz Dizinsowski, on robił odlewy z masy czekoladowo-leśnej, a Paschilke malował te odlewy kolorowym lukrem. A to on nie był cukiernikiem? No patrz  pan... a ja myślałem,że cukiernika zatrudniam, to ci sprawa...
    Gerwazy Wertbrungingen (85 lat), cukiernik

Byliśmy bardzo zżyci, ale on o tym nie wiedział. Fascynował mnie, człowiek tajemnica... Śledziłem go... Ekscytował mnie, chciałem wiedzieć więcej i więcej. Czułem... [dalsza część wypowiedzi została ocenzurowana].
    Anonimowy Nieznajomy (27 lat)

Paschilke... Paschilke... A czekaj, znam go. Widziałem raz czy dwa. Ale właściwie, wiesz... przecież możemy pogadać o nim u mnie, co?
        Marcello Viverdi (25 lat)

Paschilke?  Nie słyszałam.
    Baba z wozu (wiek nieznany) 

sobota, 28 września 2013

SERIA: DZIEDZIC PASCHILKE, 1.Pierwsze wspomnienie o Dziedzicu Paschilke

Wojciech kołysał swoją córkę do snu, gdy żona przyniosła mu zaadresowany do niego kaligraficznym pismem, zalakowany list, z odciskiem pieczęci, na którym widniała wielka litera P. Wojciech uśmiechnął się pod nosem, zorientowawszy się już po samej pieczęci, kto jest nadawcą. To był naprawdę przyjemny dzień, a list od starego, dobrego i w pewnym sensie nieprzewidywalnego przyjaciela, tylko to potwierdzał.

Dziedzic Paschilke wyrażał swe podziękowanie za radę, której zaledwie przed dwoma tygodniami udzielił mu Wojciech. Sprawa dotyczyła kupna kawałka ziemi.
W liście było napisane, że niedługo po usłyszeniu tej rady, Dziedzic Paschilke wysłał list do swojego pryncypała, w sprawie owej ziemi za rzeką, którą ten przyobiecał mu sprzedać jeśli zajdą odpowiednie okoliczności. Szczęśliwie dla Dziedzica na odpowiednie okoliczności nie trzeba było długo czekać.
Oprócz podziękowań, Pashilke załączył w liście także pozdrowienia dla pięknej małżonki Wojciecha, oraz dla ich niedawno narodzonej latorośli, podkreślając, że chciałby gościć swego przyjaciela wraz z całą jego rodziną, w najdogodniejszym dla nich terminie.

Wojciech uśmiechnął się w duchu i podał list małżonce. Tamten dzień już na zawsze zapadł w jego pamięci, jako jeden z najspokojniejszych i najprzyjemniejszych. Nie zdając sobie do końca sprawy z tego, że właśnie ten dzień będzie wspominał z sentymentem przez kilka najbliższych lat.

środa, 18 września 2013

List do Czytelników

Drodzy Czytelnicy!
Brak mojej aktywności na blogu, nie jest związany z zaprzestaniem pisania opowiadań. Domyślam się, że niektórzy z was znają krótką scenkę "Irene et Pierre". Znalazła się ona na moim blogu. Teraz pracuję nad całą serią, byście mogli poznać Irene i Pierre'a trochę bliżej. W międzyczasie jeśli wciąż jesteście zainteresowani moimi tekstami, zachęcam gorąco do czytania recenzji książkowych, które umieszczam na blogu czytamirecenzuje.blogspot.com . Rozpoczęłam niedawno współprace z wydawnictwami, także moje recenzje ukazują się na stronie dosyć regularnie. 
Życzę miłego czytania
Monika Zielińska 

wtorek, 12 lutego 2013

Piramida z rodziców

Będziemy robić sztuczki. - powiedział magik i kazał wszystkim dzieciom zamknąć oczy, policzyć do 10 (najpierw zapytał dzieci, czy już potrafią liczyć) i po tym jak już policzą, otworzyć oczy. Na polanie panowała cicha ekscytacja i oczekiwanie, na coś tajemniczego, co za chwilę miało się wydarzyć.  Na buziach dzieci malowały się szerokie uśmiechy. Rodzice obserwowali swoje dzieci z ukrycia, czując się częścią tego ogromnego wydarzenia, które miało być punktem kulminacyjnym rodzinnego, parafialnego pikniku.

Pogoda tego dnia dopisała, nie spadła ani kropla deszczu. Promienie słońca rozchodziły się po polanie, otulając swoim ciepłem, roześmiane dziecięce buzie. Zapach lasu zachęcał do długich spacerów i zabaw w chowanego. Co jakiś czas rozlegało się stukanie dzięcioła odbijające się echem od drzew.

Dzieci zamknęły oczy, policzyły do dziesięciu i otworzyły...
Magik zniknął, a na jego miejscu stali rodzice. Tworzyli razem piramidę złożoną z najbardziej skomplikowanych figur gimnastycznych.  Dzieci w odruchu zdziwienia otworzyły usta. Najmłodszy chłopiec, który stał w pierwszym rzędzie krzyknął:
-Ale sztuczka! Ten magik umie się zmieniać w naszych rodziców sklejonych ze sobą!

niedziela, 10 lutego 2013

Montgomery przy herbacie - do góry nogami

Lektura książki "Kilmeny ze starego sadu" autorstwa L. M. Montgomery (opis dostępny tutaj ) natchnęła mnie do rozmyślań. Fabuła niezbyt skomplikowana, wręcz można powiedzieć prosta, ale jest w tej prostocie coś urzekającego. Tak zwany montgomeryzm, charakteryzujący się przede wszystkim barwnymi opisami, sprawia, że ilekroć sięgam po dzieła kanadyjskiej pisarki, czuję ten rodzaj spokoju, po który zazwyczaj ludzie wyjeżdżają na wieś w trakcie urlopu. Ta prostota, niewinność zapakowana w elegancję, to jest coś, za czym się teraz tęskni. Żyjemy w świecie, w którym w zasadzie wszystko jest na wierzchu, nie wiem czy ktokolwiek z nas potrafi traktować na pozór zwykłe sprawy, jako swego rodzaju świętość, wierzę jednak, że jest to możliwe. Chociaż media, kiedy tylko z nich korzystam próbują mi udowodnić, że mylę się w tej sprawie, ciągle wierzę, że jest jeszcze jakiś świat poza tym medialnym. Mówiąc o świętości, mam na myśli to potoczne znaczenie. Wyobraźmy sobie ludzi, których łączy coś takiego jak np. miłość, przyjaźń, więzy krwi, nawet niewinna sympatia, i odczuwają pewną wyjątkowość takiej czy innej relacji, nadają im status czegoś niemalże świętego, w imię czego byliby skłonni do takich, czy innych poświęceń. Szanują tę relację, nie dlatego, że ktoś im każe, ale z jakiejś wewnętrznej postawy.  Świat jest dzisiaj przepełniony skrajnościami, więc niejeden złośliwy mógłby mi teraz zarzucić, że to, o czym piszę, to jakaś forma bycia uzależnionym od drugiej osoby, relacji, jakiegoś konkretnego stanu. Dziś rozumie się uzależnienie w sposób na tyle przerysowany, że odbiera się ważność pewnym relacjom, argumentując jakoby były one zamachem na wolność jednostki. Tymczasem, wszyscy chcą dzisiaj być niezależni od wszystkich i wszystkiego, a kiedy już się uniezależniło od innych, to by się chciało być niezależnym od siebie samego. I pojawia się problem i takie określenie jak "jestem więźniem samego siebie". A potem przychodzi świetnie nam znana depresja. I po co to? Skoro można prościej.

Montgomery opisuje świat, w którym nikt nie jest niczyim więźniem, ludzie żyją wobec pewnych stałych, niezmiennych obyczajów, form porządkujących ich życie społeczne, rodzinne, religijne, mają swoje obowiązki, żyją z innymi, pozostają z nimi w pewnych zależnościach, nikt nie czuje się tym specjalnie zniewolony. To, o czym teraz mówię jest raczej tłem literackim powieści Montgomery, wątki główne jej dzieł to zazwyczaj wątki miłosne. Akurat w przypadku "Kilmeny..." historia jest dosyć naiwna, nie powiedziałabym, że mdła, ale trochę przesłodzona, zresztą każda taka historia opisywana przez kobietę, w której główną postacią jest mężczyzna, taka będzie. Ponieważ kobieta nie napisze o tym, co faktycznie mówi, myśli mężczyzna, ona zawsze będzie pisała o tym, co chciałaby żeby myślał, albo co chciałaby żeby powiedział. Co wcale nie świadczy o tym, że mężczyźni nie są mili, albo nie mają nic miłego do powiedzenia. Świadczy to tylko o tym, że właściwie każdą powieść należy traktować jako swego rodzaju tęsknotę, albo wyraz żalu, czy też aprobaty autora.

No proszę, wyszło mi coś takiego... A siadałam przy biurku z zamiarem napisania zupełnie innego tekstu, którego wydźwięk miał być taki, że kobiety wiele tracą usiłując na siłę sytuować się w męskich rolach, zawodach. Że przez swoje przesadnie przywódcze popędy, próbują odebrać mężczyznom coś, co istotowo do nich należy i okaleczać tych samym ich poczucie męskości, że swoje zawodowe ambicje przenoszą na życie prywatne i związki, ze szkodą dla siebie i mężczyzn. O tym, że wystarczyłoby gdyby kobiety spuściły z tonu, i zauważyły, że to, co robią więcej przynosi szkód niż korzyści. Kobieta powinna być kobietą, a mężczyzna, mężczyzną , dopóki jedno nie wchodzi w rolę drugiego, żyje się nam całkiem sympatycznie i tak powinno pozostać.

Równowagi i miłego wieczoru.  






czwartek, 31 stycznia 2013

Bracia


I znowu cisza. Jego kumpel zawsze miał tendencje do ucieczek, ale po raz pierwszy Jukka nie miał o nim żadnych wieści. Zwykle, zaraz po takiej ucieczce, Erno dzwonił do niego i informował go o swoich dalszych planach. Tymczasem telefon milczał. Jukka nie mógł sam do niego zadzwonić, ponieważ Erno zmieniał karty SIM częściej niż bieliznę. 

Spędził wieczór tak, jak zwykle, tyle, że w atmosferze pełnej niepokoju. Nie mógł skupić się na filmie, na smaku kawy, papierosie, ani nawet na Verze, która była tak spokojna i piękna, że Jukka miał wręcz wyrzuty sumienia, że tego dnia nie potrafi skupić całej swojej uwagi tylko na niej. Zasługiwała na to. Ich znajomość miała burzliwe początki, spotkali się w momencie, kiedy każde z nich miało jakieś problemy i wyżywało się na drugim. Erno był w tej sprawie najlepiej poinformowany, chociaż Jukka nie powiedział mu wszystkiego, przez szacunek dla Very i ich znajomości. Ale to już było i minęło. A teraz jego najlepszy przyjaciel był gdzieś, nie wiadomo gdzie, ścigany przez swoją kryminalną przeszłość, właściwie nie można było mieć pewności czy jeszcze żyje.

Nie miał wąrpliwości, że Vera zauważyła panujące ostatnio napięcie. Powiedział jej o co chodzi i czuł ogromną wdzięczność, że nie zaczęła zadawać niepotrzebnych pytań. Zwłaszcza, że nie wiedział nic więcej ponad to, co jej powiedział. Kobieta nie zawsze była taka spokojna, ale ten czas już minął.

-Zjedz coś.- powiedziała, kiedy skończył się film.
-Nie mam ochoty.
-Erno na pewno będzie zachwycony, kiedy wróci i dowie się, że przyczynił się do twojej śmierci głodowej.
Vera miała rację, dał za wygraną. Jeśli będzie czekał i patrzył na telefon, niczym się nie zajmując, nie jedząc w końcu zwariuje. 

Erno był dla niego jak brat, prawie całe dzieciństwo spędzili razem. Teraz mieli po trzydzieści lat i dalej utrzymywali kontakty. Jukka, był tym rozsądniejszym, nie pakował się w tarapaty, nie ciągnęło go do podejrzanego towarzystwa, raczej starał się zachować umiar, Erno był jego kompletnym zaprzeczeniem.
Kiedy skończył 13 lat rozpoczęła się jego przygoda z narkotykami, Jukka wiedział, że Erno nie sięga po nie z nudy. Stało się to w związku z tragedią, która dotknęła jego rodzinę 4 lata wcześniej. Erno przechodził przyspieszony kurs dorastania, musiał jakoś sobie radzić. Szybko wpadł w szemrane towarzystwo i nauczył się, jak zarabiać pieniądze,nieuczciwie ale szybko. Jukka wówczas nie wspierał go finansowo, ponieważ wiedział, że byłoby to równocześnie wspieranie w nałogu. Dopiero kiedy Jukka zdobył doświadczenie i zaczął na siebie zarabiać, postanowił sfinansować przyjacielowi odwyk. Erno, nie wytrzymał tam nawet miesąca. Uciekł. Minęło trochę czasu i skontaktował się z Jukką. Powiedział, że żyje, że nic mu nie jest, że skontaktują się później, poinformował go o tym, że narobił sobie długów u pewnych ludzi i musi uciekać. Parę lat później, Jukka sfinansował mu kolejny odwyk. Erno przetrwał do końca terapii, ale kiedy wpadł w kolejne długi, jego przygoda z narkotykami zaczęła się na nowo. Od trzeciego odwyku, również sfinansowanego przez Jukkę, minęło 5 lat. Przez cały ten czas Erno był czysty. Odwyk załatwił problem z narkotykami, ale zerwanie pewnych znajomości było znacznie trudniejsze niż zerwanie z nałogiem. Erno ciągle przed kimś uciekał, wcześniej przed policją, a odkąd zaczął z nią współpracować, przed bandytami.

Jukka chciał chronić Verę przed szemranymi znajomościami swojego przyjaciela, dlatego odkąd zaczął się z nią spotykać, on i Erno pozostawali tylko w kontaktach telefonicznych. Kiedy był sam, był odpowiedzialny tylko za siebie, dlatego nie przywiązywał szczególnej wagi do bezpieczeństwa. Ale nie potrafił sobie wyobrazić tego, że Verze mogłoby się stać krzywda przez nieodpowiednie kontakty jego przyjaciela. Erno, nie miał rodziny, ani prawdziwych przyjaciół poza Jukką, który z kolei, musiał być bardzo ostrożny, aby kryminalna społeczność nie znalazła drogi do niego i do Very.  

Teraz Jukka siedział w fotelu i nerwowo spoglądał na telefon, mimo zjedzonej pizzy, nie czuł się najedzony. Czuł, że jeśli ta sytuacja potrwa jeszcze parę dni, eksploduje. Obawiał się, że stało się coś nieodwracalnego, akurat teraz, kiedy Erno wychodził na prostą.

-Jukka! Chodź tu szybko! - zawołała Vera, z drugiego pokoju. Pobiegł tam natychmiast i już chciał zapytać co się stało, ale w tym momencie jego uwagę przykuł telewizor. Akurat podawano komunikat, o tym, że jeden z największych gangów w okolicy, został rozbity dzięki zeznaniom i dowodom przedstawionym przez świadka, którego tożsamość jest w tej chwili pilnie strzeżona przez policję.

Vera obdarzyła Jukkę promiennym uśmiechem i zapytała:
-Myślisz, że...? 
-Myślę. 

sobota, 26 stycznia 2013

Za Zasłoną

Życie za zasłoną generowało zupełnie nową rzeczywistość, fałszywą. Kiedy o tym myślała, wciąż brzmiało w jej głowie pytanie, które on najpewniej by zadał. "Skąd wiesz, że właśnie ta rzeczywistość jest fałszywa, a może własnie to jest prawda?" Jednak, ona wiedziała i nic, nawet jego przenikliwe pytania, nie powstrzymałyby jej od takiego myślenia.Wszystko dlatego, że to był dzień, w którym ujrzała wszystko wyraźnie. Dzień, w którym zasłona opadła. Dzień, w którym  ona wreszcie przestała wytwarzać coraz to nowe światy możliwe, tylko po to, żeby móc się w nich zamartwiać i tonąć pośród alternatyw. Zasłona skutecznie uniemożliwiała jej zobaczenie życia w barwach pozytywnych, zwróciła na to uwagę nie dlatego, że życie było tylko pozytywne, ale dlatego, że było pozytywne również. Nikt nie wiedział co się z nią dzieje przez ostatnie miesiące, dlaczego ciągle jest smutna, dlaczego zdaje się być nieszczęśliwa, ciągle niezadowolona. Ona też tego nie wiedziała, bo nawet wtedy, kiedy wszystko było na swoim miejscu, nie widziała tego, nie wierzyła, że to może być prawdziwe. Zasłona nie pozwalała jej patrzeć.

Z chwilą kiedy otworzyła oczy, poczuła, że coś się zmieniło. Nagle przestała się miotać. Dostrzegła dotyk promieni słońca na swojej twarzy i zapragnęła przytrzymać je jak najdłużej. Nie chciała się dłużej zastanawiać nad zasłoną, ani dłużej trwać w fałszywej rzeczywistości, czasami tak niewiele potrzeba, żeby stać się więźniem samej siebie, ale i takie więzienie nie trwa wiecznie.
Poczuła się szczęśliwa, pierwsze co chciałaby zrobić, to powiedzieć mu o tym, ale na Boga, to szaleństwo dzwonić o takiej porze, zwłaszcza do śpiocha, nie miałaby serca, żeby go teraz budzić.