wtorek, 12 lutego 2013

Piramida z rodziców

Będziemy robić sztuczki. - powiedział magik i kazał wszystkim dzieciom zamknąć oczy, policzyć do 10 (najpierw zapytał dzieci, czy już potrafią liczyć) i po tym jak już policzą, otworzyć oczy. Na polanie panowała cicha ekscytacja i oczekiwanie, na coś tajemniczego, co za chwilę miało się wydarzyć.  Na buziach dzieci malowały się szerokie uśmiechy. Rodzice obserwowali swoje dzieci z ukrycia, czując się częścią tego ogromnego wydarzenia, które miało być punktem kulminacyjnym rodzinnego, parafialnego pikniku.

Pogoda tego dnia dopisała, nie spadła ani kropla deszczu. Promienie słońca rozchodziły się po polanie, otulając swoim ciepłem, roześmiane dziecięce buzie. Zapach lasu zachęcał do długich spacerów i zabaw w chowanego. Co jakiś czas rozlegało się stukanie dzięcioła odbijające się echem od drzew.

Dzieci zamknęły oczy, policzyły do dziesięciu i otworzyły...
Magik zniknął, a na jego miejscu stali rodzice. Tworzyli razem piramidę złożoną z najbardziej skomplikowanych figur gimnastycznych.  Dzieci w odruchu zdziwienia otworzyły usta. Najmłodszy chłopiec, który stał w pierwszym rzędzie krzyknął:
-Ale sztuczka! Ten magik umie się zmieniać w naszych rodziców sklejonych ze sobą!

niedziela, 10 lutego 2013

Montgomery przy herbacie - do góry nogami

Lektura książki "Kilmeny ze starego sadu" autorstwa L. M. Montgomery (opis dostępny tutaj ) natchnęła mnie do rozmyślań. Fabuła niezbyt skomplikowana, wręcz można powiedzieć prosta, ale jest w tej prostocie coś urzekającego. Tak zwany montgomeryzm, charakteryzujący się przede wszystkim barwnymi opisami, sprawia, że ilekroć sięgam po dzieła kanadyjskiej pisarki, czuję ten rodzaj spokoju, po który zazwyczaj ludzie wyjeżdżają na wieś w trakcie urlopu. Ta prostota, niewinność zapakowana w elegancję, to jest coś, za czym się teraz tęskni. Żyjemy w świecie, w którym w zasadzie wszystko jest na wierzchu, nie wiem czy ktokolwiek z nas potrafi traktować na pozór zwykłe sprawy, jako swego rodzaju świętość, wierzę jednak, że jest to możliwe. Chociaż media, kiedy tylko z nich korzystam próbują mi udowodnić, że mylę się w tej sprawie, ciągle wierzę, że jest jeszcze jakiś świat poza tym medialnym. Mówiąc o świętości, mam na myśli to potoczne znaczenie. Wyobraźmy sobie ludzi, których łączy coś takiego jak np. miłość, przyjaźń, więzy krwi, nawet niewinna sympatia, i odczuwają pewną wyjątkowość takiej czy innej relacji, nadają im status czegoś niemalże świętego, w imię czego byliby skłonni do takich, czy innych poświęceń. Szanują tę relację, nie dlatego, że ktoś im każe, ale z jakiejś wewnętrznej postawy.  Świat jest dzisiaj przepełniony skrajnościami, więc niejeden złośliwy mógłby mi teraz zarzucić, że to, o czym piszę, to jakaś forma bycia uzależnionym od drugiej osoby, relacji, jakiegoś konkretnego stanu. Dziś rozumie się uzależnienie w sposób na tyle przerysowany, że odbiera się ważność pewnym relacjom, argumentując jakoby były one zamachem na wolność jednostki. Tymczasem, wszyscy chcą dzisiaj być niezależni od wszystkich i wszystkiego, a kiedy już się uniezależniło od innych, to by się chciało być niezależnym od siebie samego. I pojawia się problem i takie określenie jak "jestem więźniem samego siebie". A potem przychodzi świetnie nam znana depresja. I po co to? Skoro można prościej.

Montgomery opisuje świat, w którym nikt nie jest niczyim więźniem, ludzie żyją wobec pewnych stałych, niezmiennych obyczajów, form porządkujących ich życie społeczne, rodzinne, religijne, mają swoje obowiązki, żyją z innymi, pozostają z nimi w pewnych zależnościach, nikt nie czuje się tym specjalnie zniewolony. To, o czym teraz mówię jest raczej tłem literackim powieści Montgomery, wątki główne jej dzieł to zazwyczaj wątki miłosne. Akurat w przypadku "Kilmeny..." historia jest dosyć naiwna, nie powiedziałabym, że mdła, ale trochę przesłodzona, zresztą każda taka historia opisywana przez kobietę, w której główną postacią jest mężczyzna, taka będzie. Ponieważ kobieta nie napisze o tym, co faktycznie mówi, myśli mężczyzna, ona zawsze będzie pisała o tym, co chciałaby żeby myślał, albo co chciałaby żeby powiedział. Co wcale nie świadczy o tym, że mężczyźni nie są mili, albo nie mają nic miłego do powiedzenia. Świadczy to tylko o tym, że właściwie każdą powieść należy traktować jako swego rodzaju tęsknotę, albo wyraz żalu, czy też aprobaty autora.

No proszę, wyszło mi coś takiego... A siadałam przy biurku z zamiarem napisania zupełnie innego tekstu, którego wydźwięk miał być taki, że kobiety wiele tracą usiłując na siłę sytuować się w męskich rolach, zawodach. Że przez swoje przesadnie przywódcze popędy, próbują odebrać mężczyznom coś, co istotowo do nich należy i okaleczać tych samym ich poczucie męskości, że swoje zawodowe ambicje przenoszą na życie prywatne i związki, ze szkodą dla siebie i mężczyzn. O tym, że wystarczyłoby gdyby kobiety spuściły z tonu, i zauważyły, że to, co robią więcej przynosi szkód niż korzyści. Kobieta powinna być kobietą, a mężczyzna, mężczyzną , dopóki jedno nie wchodzi w rolę drugiego, żyje się nam całkiem sympatycznie i tak powinno pozostać.

Równowagi i miłego wieczoru.